Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bluzg przez zaciśnięte zęby czyli recenzja "Madafakafares" w "GW"

Cieszy z poniedziałku - zwłaszcza recenzja

 TU KLIKAĆ: Recenzja w "GW"



a tu czytać

------------------

"Madafakafares" Podlipniaka. Bluzg przez zaciśnięte zęby

Katarzyna M. Wiśniewska
 

Nowy tom wierszy Pawła Podlipniaka to nie jest lektura na święta. To, moim zdaniem, najmocniejszy zbiór poety, który "nie ma w sobie wiary, nie ma w sobie niczego, co mogłoby przetrwać ciut dłużej niż piosenka w komercyjnym radiu".




Artykuł otwarty

Na okładce mały chłopiec z białą opaską na ręku, biega w pyle lub deszczu. Zdjęcie jest czarno-białe, może dlatego dziecko na pierwszym planie wydaje się brać udział w jakimś obłąkanym tańcu? Podlipniak zdradził mi w prywatnej rozmowie, że to Open'er, chłopiec biega w kółko. Autorem zdjęcia jest Radosław Kobierski, który ponoć ma talent do fotografowania zwykłych rzeczy tak, by były przesiąknięte niepokojem.

Tytuł. "Madafakafares". Powstał z połączenia wulgarnego określenia "mathafucker" [czyt. madafaka] z hebrajskim zwrotem "mane tekel fares", czyli "policzone, zważone, podzielone".

Tytułowego słowa używa pułkownik w wierszu "E-120". Ponieważ jesteśmy w pierwszej części tomu, zatytułowanej "Kantyczka dla Kurtza", wiemy już, o kogo chodzi. Podlipniak opowiedział mi, że pisząc ten wiersz, myślał o połączeniu pewnego rodzaju bezradności wobec zła, przekonania o nieuchronności z jednoczesnym protestem, bluzgiem przez zaciśnięte zęby.

Poeta nie może spać, budzi się w godzinie wilka i jakby nie mógł pozbyć się z głowy głosów, spod powiek obrazów uwierających jak ziarnka piasku, więc pisze. Opowiada nam o rzeczach wstrząsających jak przestrzelona czaszka, podpalony kot, ptaki z wydłubanymi dla zabawy oczami. Zabiera nas w podróż do jądra ciemności, którą nosi w sobie człowiek: zdolny, do wszystkiego.

"Chcę wydrzeć z siebie wilka" - pisze Podlipniak i trzeba mu wierzyć.

Autor odwołuje się do naszej wrażliwości, wiedzy historycznej, nawiązuje do wielu motywów z filmu, literatury, sztuki, filozofii, religii.

To nie są wiersze na święta, które kojarzą się z miłością, ciepłem, bezpieczeństwem. Podlipniak mówi bowiem o ciemnej stronie ludzkiej natury, o "niewłaściwej stronie Alicji".

Jednym z najbardziej poruszających wierszy z zbiorze jest wg mnie "Wiersz na zakończenie czasu", w absolutnej czołówce umieszczam też "Walijskie wieloryby [wiersz podróżny]" i "Śmierć Debbie Harry".

"(...) umywam ręce. to podobno na chwilę pomaga./potem kropka zgasi resztę. przemówi biel." - tak kończy się wiersz "Potrzask/zatrzask" z epilogu tomu. Mam nadzieję, że Podlipniak jeszcze nie raz przemówi do nas dobrym-brzydkim wersem.

Tomik "Madafakafares" wydała Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu.

Wiersze będzie można kupić w księgarni Sonet i Księgarni Literackiej im. W. Gombrowicza.


Cały tekst: http://radom.gazeta.pl/radom/1,48201,17168981,_Madafakafares__Podlipniaka__Bluzg_przez_zacisniete.html#ixzz3McIKZXh4


wtorek, 16 grudnia 2014

I just feel like I'm condemned to wear someone else's hell





Światłowstręt



Świerszcze. Świerszcze. Nad nimi obłoki.
Sierpień. I Mesjasz, który nikogo nie zbawi.
Paweł Huelle Krasnogruda


i te cholerne świerszcze – jakby ktoś przestroił
maszynerię zbawienia, by raniła ciszę
pod absurdalnie miałkim, kiczowatym niebem,
gdzie roztapia się mesjasz na zdartym banerze
z niekompletnym napisem – ezu ocham iebie,
obok przejścia dla pieszych z poszarzałą zebrą.

jak zwykle o tej porze światło dusi wszystko,
a ja nie widzę ciebie. ten rodzaj ślepoty
jest niechybnym przekleństwem, które raz rzucone,
odradza się jak feniks w brudnej popielniczce
wypełnionej petami. razi brak symetrii
pomiędzy tym co dobre, a nieuniknione.

i te cholerne świerszcze, to cholerne światło,
naddarty facet z palcem (wbitym w moje okno),
jakby wskazywał drogę na skróty do raju,
lecz to ślepy zaułek – u mnie nie ma miejsca
na podobne złudzenia, chwyty reklamowe.
wieczorem znów wybiorę twój numer na trafił.   

jeśli chybię, obwinię i światło, i świerszcze.

-------------------------------

czwartek, 11 grudnia 2014

Whatever is begotten, born, and dies

i jeszcze pokonkursowo






Niekraj



Ona to dostrzeże, lecz prędzej niż pojmie,
że można  znaczyć dla kogoś początek i koniec, poczuje nienawiść
Jacek Podsiadło Nauka o człowieku



imię boga pisane najmniejszą literą barwy ognia
palcem na zakurzonej ławce nim nadejdą starcy
niosący feretrony i ave sypane wzdłuż nawy
przez chór leciwych głosów które drżą tak mocno
jakby się miały rozpaść pod naciskiem ciszy
a w tle pobrzmiewa rwany w strzępy motyw
to nie jest kraj to nie kraj nie ukochany kraj

schroniliśmy się tutaj tylko przed upałem
nie dla modlitw zwiedzając podrzędne toledo
prowincjonalny dróżdż wielki przy trasie do bździna
bo kto normalny zwiedza jeszcze świeży kościół
postawiony bez sensu pośród blokowiska
o dzwonach co samym dźwiękiem tłuką szyby w oknach 
ze zbyt śliską posadzką pełną jasnych żyłek

to z niej właśnie wypływa chłód odklejając z pleców
mnie t-shirt z harlemem a tobie bluzeczkę z pejzażem
manhattanu  taki drobny szczegół co jasno wskazuje
gestem pełnym ironii że się starzejemy w złych miejscach
wrogich krainach pełnych nonsensu zamiast jakiejś nadziei
i przyjdzie nam czekać na dotknięcie lewą ręką ciemności
bo prawa niewładna zwisa wzdłuż lepszego boku

przed kościołem rzucę starcowi w kapelusz dwa złote
byle już nie pluł w organki by nie kąsał ciszy
wystarczy nagły upał w kraju bez miłości

----------------------------


piątek, 5 grudnia 2014

A lot of guts, a little vision to wave

a ten pokonkursowy pobroniewski



Durabilitá [nadczułość]


Run away from all your boredom
Run away from all your whoredom and wave
Your worries, and cares, goodbye
[…] It’s a maze for rats to die
Placebo Slave to The Wage



Możemy się naśmiewać z niedzisiejszych uczuć,
wskazywać palcem patos, tudzież egzaltację.
Zamilkniemy dopiero przy czytaniu newsa
o staruszkach co zmarli gdzieś daleko razem
po trzech czwartych stulecia.

To nadzwyczajna trwałość, dla nas prawie wieczność,
skoro żyj, kupuj szybko i umieraj młodo,
wpisane mamy w geny – kiedy spada tempo
wyścigu przez labirynt lub bankowe konto      
chudnie bez uprzedzenia.

Czy umiemy ją ćwiczyć? Kiedy w nocy patrzę
na twoje nagie plecy, między łopatkami 
dostrzegam clou wszechświata, miejsce, w które snajper
wymierzyłby niechybnie, aby czułość zabić 
zanim obróci wszystkim, zanim nas utrwali
jak parę pszczół w bursztynie choćby na lat parę,
kilka chwil – bezsamotnych, więcej – ręka w rękę,
aż do samego końca. Potem tylko refren
z jakiejś nienapisanej piosenki mam w głowie
egzaltowany, śmieszny, patetyczno-słodki:

Ktoś piękne listy pisze po nocach,
Ktoś komuś szepcze w ucho, że kocha. 

------------------------------------------
Run away from all your boredom
Run away from all your whoredom and wave
Your worries, and cares, goodbye
All it takes is one decision
A lot of guts, a little vision to wave
Your worries, and cares goodbye

It's a maze for rats to try 
It's a race, a race for rats
A race for rats to die
It's a race, a race for rats
A race for rats to die

Sick and tired of Maggie's farm
She's a bitch, with broken arms to wave
Your worries, and cares, goodbye

It's a maze for rats to try 
It's a race, a race for rats
A race for rats to die
It's a race, a race for rats
A race for rats to die x3
Burn away

Run away
----------------------------------

wtorek, 2 grudnia 2014

I taste death in every kiss we share

I znów pokonkursowo, poherbertowsko.



Ad rem/ad personam


nie poszliśmy do łóżka, by się rozpoznawać,
czy przedstawiać imieniem, nazwiskiem, peselem.
leżymy tu celowo, pozbawieni złudzeń,
nadzy do bólu duszy, grafomańskiej schedy
po poprzednich epokach, więc łóżko nas wiąże
- jedyny słuszny węzeł w czasach postmoderny,
popkultury i reszty popapranych rzeczy.

rzecz to wygodne słowo, kiedy wcale nie chcesz
wchodzić w zbędne szczegóły, które szybko mogą
wprowadzić groźny ferment między nogi łóżka,
a to ostatnia przestrzeń, nasze termopile,
gdzie powinno się kończyć, a nie rozpoczynać
rozpoznawanie głosów i ciał porzuconych
po ostatnich wieczerzach zakrapianych winem.

kocham kłóci się z rzeczą, bo tu każdy szczegół
ma wyznaczone miejsce pomiędzy nogami
łóżka  i głównych osób naszego dramatu
w przewrotnie niewulgarny i niewinny sposób,
wiążąc tak po gordyjsku śmieszną nagość duszy
z całkiem konkretnym głodem. wtedy się unosisz
na mnie, jak łódź na fali, szepcząc jestem ostrzem.  

--------------------------
     

piątek, 21 listopada 2014

Ości zostały rzucone - czyli nowy tomik na maszynach

Za kilka dni w moim ręku. Nic dodać, nic ująć.
Szczególne podziękowania dla Radka Kobierskiego, Olgerda Dziechciarza, Mariusza Dańskiego, Haliny Bogusz, Ani Spólnej.




wtorek, 18 listopada 2014

Hide my head, I wanna drown my sorrow

Drugie podejście. Może teraz publikacja się przyjmie. Zwłaszcza po konkursie im. Herberta.


























Część głowy


Brodskiemu

I
nie, nie dostaję świra – po prostu zmęczyła mnie zima 
i inne pory roku, i dni z pustym krzesłem
odstawionym przebiegle na środek pokoju,
jakby coś miało zwisnąć zamiast klosza lampy,
świecąc zmarniałym blaskiem. telewizor śnieży
(chyba znów kablówka zmienia kolejność kanałów,
których i tak nie ma komu oglądać), więc zaczynam pisać
o sobie, a to niedobry omen – słowo się wywłaszcza
z pierwotnego rytmu, tracąc sens niby dotknięcie miejsca
po osobie, sucha notka w gazecie, że się kiedyś żyło
i wszystko zbytnio boli, dzieje się za szybko.

II
każdy umiera samotnie – ja wewnątrz mej głowy,
bo więcej nic nie ma, nie ma gdzie i nigdzie.
taki mały neverland. tylko starzy chłopcy, wciąż
bardziej zagubieni pośród części mowy,
kontynentów pełnych rozgadanych kobiet,
drobiazgów o nieodgadnionym przeznaczeniu,
zakładają opaski, kryjąc jedno oko przed zbytnim
naświetleniem. potem podpalą okręty uwite z gazet,
bo ptak nie kala gniazda, ptak robi pod siebie, po sobie,
o sobie, sobiesław, zasada numer jeden: nigdy nie przerastać
swoich marzeń o głowę, nawet o pół głowy i za szybką.

III  
ptaki, jak czarne krople, spadają na pola. nie ma śniegu,
jest piasek – wypełnia ulice razem z solą. to smętna parodia
nadmorskiej plaży na pomarszczonej, wulkanicznej wyspie
z kanarkiem w nazwie archipelagu. taki archigułag
dla mojej pamięci, migawka najlepszych chwil życia,
gdy niespiesznie szliśmy po wylewce z bazaltu.
w dole był ocean i dopiero teraz słyszę wyraźnie,
że tarł o granice, których przekroczenie
nie daje ukojenia, a  jedynie zapisuje kolejne blizny.
nocą liczyliśmy ramiona bóstwa z indyjskiej mitologii,
obejmując się coraz mocniej i coraz boleśniej.

IV
nie, nie dostaję świra – po prostu zima tym razem ominęła zimę.
nie dostała zielonej karty, wizy, a może biletu na tanie linie lotnicze.
mamy sól i piasek, a to kiepski zestaw przypraw do życia,
zupy (wszystko jest do zupy – hydrolizat białkowy). zawsze chciałem użyć
tego terminu w wierszu i wers się wydłużył, niby cień w popołudnie
nad brzegiem jeziora charzykowskiego, przez mały akt prywaty,
ale przecież jestem całkiem prywatny wewnątrz mojej głowy,
aż do kresu rozsądku i całkiem bez sensu, bez odrobiny zimna.
jedyne co śnieży, to ogłupiały ekran, a wtedy kablówka
kończy reset kanałów – przez biel się przebija 
kadr z hiszpańskiego filmu: rosja i martwe konie wmarznięte w jezioro.

-------------------
All around me are familiar faces, 
Worn out places, worn out faces. 
Bright and early for their daily races, 
Going nowhere, going nowhere. 

Their tears are filling up their glasses, 
No expression, no expression. 
Hide my head, I wanna drown my sorrow, 
No tomorrow, no tomorrow. 

And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had. 
I find it hard to tell you, I find it hard to take
When people run in circles its a very, very
Mad world. 
Mad world. 
------------------

czwartek, 13 listopada 2014

But I'll miss you most of all, my darling, when autumn leaves start to fall


Po konkursie w Brzezinach






Drugie czytanie z Pawła [październik]



równaj się z ziemią – jesień do mnie mruczy
– jest w dole miejsce na zrzucone ciało
i na gaśnięcie, chociaż wokół świecą
ogniste liście i sypie się płomień
na nasze głowy, wyprzedzając popiół
o kilka kartek zdartych z kalendarza.

równaj się z ziemią? to jedyny poziom,
jaki utrzymam jeszcze w kilku wersach
przez złe miesiące opadania w wilgoć,
ckliwą zgniliznę napędzaną chłodem,
po której palcem, jak na wielkiej szybie,
będzie ktoś pisać o tobie i o mnie.

po mnie napisze, po tobie i szybie,
bo po jest ponoć ostatecznym miejscem
do pożądania oraz podążania.
jeśli go nie ma, zamruczy pochodnia,
słabiutko błyszcząc wyczerpanym światłem
nad warstwą ziemi obłej niby jabłko.

ciemność rozszerzy zdumione źrenice,
że raz kolejny ma mnie w swojej garści.
-------       


środa, 12 listopada 2014

Dzień Niepodlezłości



Kolejny remanencik 



















Raport z oblężonej Bolonii [list prokonsula 4]


Z.H.


to się nie skończy szybko, znów trwa oblężenie.
nadeszli barbarzyńcy o rannej godzinie
po szosach ekspresowych i autostradach
pod mur naszego miasta,
stukają do bram.

jestem ściśnięty w pewnych rozsądnych granicach
z moimi rodakami i dzielę ich myśli
pełne najszczerszej troski co ich  sąsiad robi
w łóżku i z kim oraz ile zna nieprzyzwoitych
pozycji, które nie przystoją  szczerym wyznawcom
wiary w najzwyklejszy donos, w siłę pancernych łokci i pojemność płuc
- to umożliwia zbicie krzykiem wszystkich argumentów,
przepłoszenie rozsądku i oddaje władzę
najbardziej krzykliwym karkom nad karkami.

i nawet nasze świnie, o bolońskie świnie,
wybrane nierozsądnie przez tępych wieśniaków,
reagują kwikiem, na nieśmiałe próby
odpędzenia od koryta -  racja po ich stronie,
pomimo barbarzyńców, mimo oblężenia
czy festiwalu mimów i głupawych min
na widok baby z brodą czy człowieka-słonia.  
więc wzywają pomocy boskiej matki i boskiego ojca,
wskazując na niesprawiedliwość, kiedy brudny gumiak
utrafi nazbyt celnie w rozpędzony ryj. 

i tylko nie wiem czemu co dzień o poranku              
bolacy mają smutne, zmiętoszone twarze
pełne dzikiej zawiści.
ich jutrznia się zaczyna łacińsko od krzywej
 z wykrzyknikiem, potem
benedictus dominus deus israel  z ust wyciskają niby pastę z tuby,
zapominając się do puenty o sparszywiałych pejsach.
na koniec hymn pochwalny co stawia na nogi
marsz marsz bolonia  ty dzielny narodzie.
czasem tylko ktoś stęknie z nagłym bólem w głosie
wzywając świętego zbigniewa kawafisa lecz po chwili
pieśń im podsuwa chochoł, sypiąc sieczką z głowy,
więc kołyszą się nucąc, że nic się nie stało.
pod koniec mruczanki zostaje im nic
odmieniane przez wszelkie przypadki nieznane gramatykom.
małe, słodkie nic.

to się nie skończy nigdy, chociaż barbarzyńców
za murem nikt nie widział, nawet nocne straże.
zgiełk tutaj nie milknie nawet na minutę
i strzepią się języki rozgrzane od słów.


sami się oblegamy. 

czwartek, 6 listopada 2014

She is the angel with the scabbed wings

babarycznie



Oh my darling Columbine


We are dead and tomorrow's canceled
Because of things we did yesterday
Marilyn Manson Cruci Fiction In Space



przed kolejnym ujęciem sharon stone zdejmuje
ciało, jakby to mogło pomóc w zrozumieniu
sceny w nagim instynkcie – szpikulec od lodu
i szeroko rozwarte uda, między które wbija
wzrok gromada facetów na komisariacie
w amerykańskim mieście. oto dziki zachód,
drze się uliczny mesjasz, więc dano nam lufy
pełne drobinek prochu i w proch obrócimy
ciało tej dziwki z filmu. sharon zrzuca skórę,
potem wygładza fałdy, rozstępy, cellulit
przy pomocy żelazka ze stopą z teflonu
i uderzeniem pary sto trzydzieści gramów
na ostatnią minutę, zanim w kadr się wepchnie
namiętny dekorator wnętrza mojej głowy,
sugerując wymianę obić. chwila, przecież
obić, to jest wulgarna przemoc przy użyciu
pięści, prawa i pałki, a ja mam chęć strzelać,
gdy tylko was zobaczę. subtelnieję z wiekiem.

---------------

--------------

czwartek, 30 października 2014

I powietrza drżące strugi jak z anielskiej strzechy dym

I znów pokonkursowo



Wiersz, który nie rapuje się z niczym


Kolejny dzień jak palę ogniem wilczura pysk
Lao Che Barykada


Słońce jest w znaku lwa, więc ognista grzywa
podpala wszystko – już płonie i Wola,
pałacyk Michlera, pamiątki rodzinne,
a złoty kurz się sypie na pola pszenicy
z dala od tego miasta. Tabliczka na szorstkim
murze kamienicy, to ślad, że stąd wyszli
i już nie wrócili. Ktoś może powiedzieć:
śmierć jak dwa miesiące wakacji pod ogniem,
plus szybkie miłości, śluby i rozwody,
chrzty z krwi, a nie z wody, piekielna Hurghada,
w niej toczą się czaszki, gada zburzone miasto,
zaś kneble barykad duszą oddech w ulicach,
nie słychać nic innego – papieros papieros
skanduje tłum pod sceną i to ślad kolejny,
po tych, co odeszli, ale nie zginęli.

wtorek, 28 października 2014

I wear this crown of thorns upon my liar's chair

I znów pokonkursowo



Mówcie: Amen


dla lt. col. W.E. Kurtza


i niech się stanie mięso, skoro nasz bóg lubi
patrzeć jak cudze matki wypłakują oczy,
a kiedy ukrzyżują w świetle reflektorów
resztki ciał pozbieranych z kapuścianych liści,
ktoś nam znowu opowie o sensie cierpienia
lub krwawym obmywaniu z grzechów pierworodnych.

a kiedyś wystarczyło zwykłe pomazanie
krwią drzwi niechcianych dzieci, teraz każda plaga
musi mieć jak najlepszy target pod reklamy,
zamiast minuty ciszy zabełkocze ekspert,
a po nim dyplomata i po paru chwilach
jest nam lżej, bo sumienia lubią gładkie słowa,

choć chce się rzucić w przestrzeń pospolite kurwa,
zamiast dobrej nowiny, bo pęka nam szkliwo
od zaciskania zębów w gorzkiej bezradności
na widok smugi gazów cieknących z dysz rakiet
przebijających niebo, spod którego spada 
mięso upakowane w cienką malezyjską puszkę

na kapuściane głowy. niech im ziemia będzie 
ciut lżejsza od powietrza, a drink i modlitwa
jest nadal all inclusive – nawet kadisz jatom.

-------------------------------
I hurt myself today,
To see if I still feel.
I focus on the pain,
The only thing that's real.
The needle tears a hole,
The old familiar sting.
Try to kill it all away,
But I remember everything.

What have I become?
My sweetest friend.
Everyone I know
Goes away in the end.
And you could have it all,
My empire of dirt.

I will let you down.
I will make you hurt.

I wear this crown of thorns
Upon my liar's chair.
Full of broken thoughts
I cannot repair.
Beneath the stains of time
The feelings disappear.
You are someone else,
I am still right here.

What have I become?
My sweetest friend.
Everyone I know
Goes away in the end.
And you could have it all,
my empire of dirt.

I will let you down.
I will make you hurt.

If I could start again
A million miles away.
I would keep myself.
I would find a way.
--------------------------------

poniedziałek, 20 października 2014

Spotkanie autorskie w Radomiu - P.Podlipniak & P. Podlipniak

Nadszedł czas na wspólny wieczór z córką.

"Autor: Adrian Szary
Serdecznie zapraszam 22 października 2014 roku o godzinie 17.00 do Radomskiego Klubu Środowisk Twórczych i Galerii – „Łaźnia”, przy ul. Żeromskiego 56, na wieczór literacki Pawła Podlipniaka – absolwenta VI LO im. Jana Kochanowskiego, bizantynisty, dziennikarza, anglisty, poety, autora tomików: „Aubade Triste” i „Karmageddon”, laureata konkursów literackich oraz jego córki Pauliny Podlipniak – uczennicy VI LO im. Jana Kochanowskiego,  uczestniczki warsztatów literackich, prowadzonych przeze mnie w Stowarzyszeniu Centrum Młodzieży - „Arka”.
 Podczas spotkania zatytułowanego „P. Podlipniak & P. Podlipniak”, które będę miał przyjemność prowadzić, wystąpi zespół „Motion de Louvre”, w którym gra m.in. Kamil Dziekoński - uczeń PG nr 23 w Radomiu. Gościem specjalnym będzie Karolina Wojdat – uczennica VI LO, która niedawno wystąpiła w popularnym programie telewizyjnym „The Voice of Poland”, przechodząc do kolejnego etapu."




czwartek, 16 października 2014

Naked to see, walking on air. Hunting by the rivers



Smutnik [dekady] 

Of what is past, or passing, or to come
W.B.Yeats Sailing to Byzantium

dla I.Curtisa



Zanim się zapomina martwy pies w ogrodzie
i młodzi idą wolno do wtóru muzyki,
niosąc na barkach brzemię – puste szklane czółno,
którym upływa ciało nad ciemnym dnem rzeki
jak spopielony papier prosto w jasną noc.

I pętla się zaciska nad krzesłem, a w pętli 
zawisa haust powietrza przed ostatnim lotem
– za nim już tylko przestrzeń przystrojona w pióra,
odpustowa nagroda dla wierzących w bajki
o tym, że ludzkie ciało się przemienia w czas.

A on się nie upłynnia, choć upływa w żyłach
i sam się zapomina, zaciskając węzeł
na sznurze wyplecionym w kraju dla nikogo,
lecz martwy pies w ogrodzie będzie obszczekiwać
kolejnych młodych głupców w rytmie gdzieś ty był.

wtorek, 14 października 2014

Bo jest tylko Itaka i właśnie jej nie ma - dwa sonety



Itaka [i tamta]. Sonet Odysa

Brodskiemu

rzadko powracam w miejsca, w których mnie nie było,
gdzie na rozgrzanych dachach smaży się w południe
stado puszystych kotek, a w podcieniach miłość
rozmieniają, jak talent, w pośledniej walucie.

może to szczera prawda, że nie wolno wracać
bez żadnej zapowiedzi, z pustymi rękoma,
cichcem do swego domu po dwudziestu latach,
kiedy już się natkała na sąsiedzkich krosnach.

powrót to czysty nonsens, który doprowadza
do szału wszystkich bogów, więc uparcie mnożą
przeszkody, bym nie dotarł w miejsce, gdzie itaka
zapomniała się wiernie z każdą penelopą.

nawet blad’ brzmi niezgrabnie w takiej sytuacji,
jeśli jesteś niebylcem z zakazem przyjazdu. 



I tamta [item, i temu]. Sonet Penelopy 


Kiedyś powrócisz do kraju - no właśnie
Zobacz, czy jesteś tu potrzebny komuś
Josif Brodski *** (Kiedyś powrócisz)



nie masz do kogo wracać, dokąd także zblad’ło. 
nie dla ciebie przy pirsie powitalne mowy,
skoro sam się wybrałeś w rejs ku nowym światom
z miasta, gdzie za drutami marzły archanioły.

drut to tylko przenośnia, bo nie ma powrotu
do miłości, do ludzi, którzy się rozpełźli
po matuszce jak pluskwy, a ty, patrząc z boku,
nie możesz się nadziwić, że już zapomnieli.

możesz obwiniać bogów, niestałość kobiecą,
przeklinając pod nosem – blad’ taka owaka.
nieobecny jest martwy i nic w tym dziwnego,
gdyż najwspanialsza pamięć nie zastąpi braku.

szukasz nowego gniazda? – to płonna nadzieja,  
bo jest tylko Itaka i właśnie jej  nie ma.

---------
I suplemencik

Hey little girl is your daddy home
Did he go away and leave you all alone
I got a bad desire
I'm on fire

Tell me now baby is he good to you
Can he do to you the things that I do
I can take you higher
I'm on fire

Sometimes it's like someone took a knife baby
Edgy and dull and cut a six-inch valley
Through the middle of my soul

At night I wake up with the sheets soaking wet
And a freight train running through the
Middle of my head
Only you can cool my desire
I'm on fire
-----------


poniedziałek, 13 października 2014

Mondo Cane



Psalm o drylowaniu


Tadeuszowi Nowakowi


głupiec niosący osła na swoich ramionach
popatruje z wyższością na innego głupca
co dźwiga belkę krzyża przez spalone pole
a na nim gwiazda piołun i miedziane łuski
po nabojach o rdzeniu z twardego uranu
więc chwalmy imię pańskie i powtórne przyjście

pytałem panią lincoln czy dzisiejsza sztuka
podobała się bardziej od tej sprzed tygodnia
zwłaszcza antrakt z noszami ale nie wydała
z siebie żadnego dźwięku jakby nagle oczy
zakryła jej żółć ostra z pestkowego psalmu
więc chwalmy imię pańskie i powtórne przyjście

głupiec niosący głupca będzie się wyśmiewać
z psa który skamle trwożnie gdy znajoma ręka
wydłubuje go z budy i wrzuca do rzeki
dopóki łaska pańska gna na innym koniu 
poprzez pstre pola maków u stóp nagiej góry
więc chwalmy jakieś imię póki mocno trzyma  

piątek, 10 października 2014

Way down inside! a-honey, you need it !




Parmenidie 2 [zmarzliny]


całe tyle miłości zeppelin z ołowiu
a ona w mojej głowie wierci się i nuci
mówiąc że nawet w wierszach bluzgam w dobrych miejscach
kiedy mnie boli styczeń przecież jeszcze wczoraj
miał nadejść front murmański z zapasami mrozu  
pozabijać zarazki i wszelkie robactwo
może kilku bezdomnych na podmiejskich działkach
co zapomnieli czuwać by nie wygasł ogień
w blaszanym brzuchu kozy więc przy ciałach został   
skrawek kartki z przepisem na cycki murzynki
częściowo nadpalony kulinarny seksizm 

tak się u nas zakończy wejście barbarzyńców
pomiędzy słoneczniki płonące żyrafy
z butelką denatury na murmańskim froncie
lecz w mojej głowie utkwił strącony zeppelin
i nuci cała miłość keep-a-coolin’-baby
bo wtedy pierwszy miesiąc mniej boli o świcie
kiedy jest jeszcze ciemno a ucho przy radiu
albo w jarzmie słuchawek po nagłym przyśnięciu
czeka na komunikat o trasie nalotu
uwaga komnen jeden miast zwykłego bluzgu
na nadpalonej kartce z zamarzniętym wierszem

----------


czwartek, 9 października 2014

In the name of the father

kolejny remanencik

fot. Remigiusz Kutyła




Parmenidie [godzina w]



Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz

1 Kor 12


na imię mam paweł. nie mam w sobie wiary,
nie mam w sobie niczego, co by mogło przetrwać
ciut dłużej niż piosenka w komercyjnym radiu
– najwyżej trzy minuty w oparach depresji
i rosyjskiego niżu, kiedy odcień bieli
przypomina szpitalne sprane prześcieradło,
na którym już niejeden przejechał się w niebo
albo w zwyczajny niebyt oklepany w wierszach
przez stada grafomanów, wieszczy i wyznawców.

na imię mam paweł – to kurwa nie imię,
zbyt malutkie u podstaw, by mogło udźwignąć
wiarę w istnienie zbawień, pierworodnych grzechów.
budzę się obok niego codziennie ze wstydem,
że mogłem w jednym łóżku (choć po sakramencie,
po wodzie i po słowie) zalec bez miłości,
nadziei, cicho brzęcząc, bo na głośny skowyt
trzeba przecież zasłużyć, a ja tylko mówię
niewyraźnie, nieśmiało i czuję jak dziecko.

na imię mam imię. to i tak zbyt wiele.

----------------------

Mother
Tell your children not to walk my way
Tell your children not to hear my words
What they mean
What they say
Mother

Mother
Can you keep them in the dark for life
Can you hide them from the waiting world
Oh mother

Father
Gonna take your daughter out tonight
Gonna show her my world
Oh father

Not about to see your light
But if you want to find hell with me
I can show you what it's like
Till you're bleeding

Not about to see your light
And if you want to find hell with me
I can show you what it's

Mother
Tell your children not to hold my hand
Tell your children not to understand
Oh mother

Father
Do you want to bang heads with me
Do you want to feel everything
Oh father

Not about to see your light
And if you want to find hell with me
I can show you what it's like
Till you're bleeding

Not about to see your light
And if you want to find hell with me
I can show you what it's
Yea

Not about to see your light
But if you want to find hell with me
I can show you what it's like
Till you're bleeding




poniedziałek, 22 września 2014

I found with humiliation that probably I would have nothing to say

I

I znów zaległy wiersz 



H.O.D


Mówicie: Zawarliśmy przymierze ze Śmiercią
Iz 28:15

You have to have men who are moral […]
to kill without feeling, without passion. 
Without judgment. Because it's judgment  that defeats us.
Col. Walter E. Kurtz Apocalypse Now:Redux


wypuść łódź w ciemną wodę, niech cię wiedzie instynkt
aż tam, gdzie wszechmogący powykręcał  ścieżki,
zanim powódź dosięgnie progów naszych schronisk
zbudowanych na kłamstwie i pokrytych fałszem.

kiedy zamkniemy łóżka o czwartej nad ranem
za oknem będzie kwiecień albo inny miesiąc
niosący czas, jak brzemię, na zdrętwiałych rękach,
tuż przed wykuciem piéty w żużlu i bazalcie.

izajasze fałszują w membranach głośników,
słychać dźwięk łopat tnących wilgotne powietrze
- lot to tylko synonim szybkiego upadku,
a sumienie to kamień, co przywabia szeol.

ból jest ciemny, mrok mokry, kiedy łysy starzec
szepcze do mikrofonu saw lasaw, saw lasaw.
ostrze mu gładzi głowę i  po pierwszym ciosie
przynosi nagłą ulgę, by mógł wreszcie zasnąć. 

nie ma w tym tajemnicy, gdy źli czynią dobro,
lecz trzeba silnej wiary, by dobrzy czynili
zło w najczystszej postaci, a wtedy walkirie
zrywają się do biegu odrzucając skrzydła.
 
tu nie trzeba napalmu, tu na milę śmierdzi 
tanim triumfem rozumu lub zmarniałej woli
i nie pomoże nawet transplantacja serca
zwęglonego przy brzegach, więc podkradam jeszcze    

werset: czytam nocami, w zimie jadę na południe.


piątek, 12 września 2014

We barely remember what came before this precious moment

Remanentów c.d.




Sensen [czułość]


Wolność zaczyna się we śnie
zdrada broczy przez sen 
Tadeusz Nowak Drugi pacierz azjatycki


Brak czułości i trzeszczy seria niedostrojeń.
Wciąż jeszcze nie ma śniegu, choć podobno zima
zapowiedziała blitzkrieg. U mnie stary sennik
otwarty na opisie smutnych konsekwencji,
kiedy śni się robactwo zżerające jabłka.

Śni się – taki szeleścik zwiastujący wolność
od wszelkich dziennych reguł. Za nim wchodzi pościel,
w której wymodliliśmy zawieszenie broni,
i pozostałe nazwy, ledwie opierzone,
a to ciągle za mało, żeby się osłuchać

i żeby czule pieścić, co niedostrojone,
aż do zerwania gałek, przekroczenia  granic
– a niech nas zeżre blitzkrieg (jak w czterdziestym pierwszym)
bez brania żywcem jeńców, zwykłym prawem serii,
w śniegu twardszym od sacrum, miększym od profanum.


-------------------------



czwartek, 11 września 2014

The desert sighs in the bed and the crack in the tea-cup opens a lane to the land of the dead

Kolejny remanentowy sprzed kilku miesięcy




W pół drogi


Mężczyzna by nie dostrzegł, że dom nie ma strychu.
Wystan Hugh Auden U góry



Mężczyzna by nie dostrzegł, że dom nie ma sensu,
(oddany zbieracz książek i filmów na płytach,
tworzący katalogi z niezmienną czułością
i niepewny znaczeń), lecz kobiecie trudno
nie dostrzec drobiazgów, które on pomija,
a ona ustawia na najwyższej półce
i co dzień odkurza przeliczając zmarszczki
na twardą walutę ze wspólnego życia.

Na półpiętrze już czeka stos niepogrzebowy
wzniesiony z rachunków i miłosnych listów,
przedwcześnie niemodnych żakietów, torebek,
zdartego obuwia oraz dodatkowych
elementów, jakich pełno w szafie, żeńskiej,
bo zmężniały regał zna tylko papiery, 
tony tanich śmieci całkiem niepotrzebnych
z kobiecego punktu wszystkodowidzenia.  

Nikt się nie upomina - stary zegar, święci
od nagle zmalałych rzeczy, spraw czy godzin.  
Samotnie odpłyną chłopcy i dziewczyny
na szkunerach z balsy, gazetowych łódkach
do wysp nieszczęśliwych. Zamiast pożegnania
pozostaje osad na dnie filiżanek
kupionych do pary w kolejną rocznicę.
Czas uciekł im chyłkiem na osobne piętra.

------------------------------
I suplement muzyczny

Loneliness is your only friend.
A broken heart that just won't mend
Is the price you pay.

It's hard to take when love grows old.
The days are long and the nights turn cold
When it fades away.

You hope that she will change her mind,
But the days drift on and on.
You'll never know the reason why she,s gone.

Empty rooms,
Where we learn to live without love.
Empty rooms,
Where we learn to live without love.
-------------------------------
   

poniedziałek, 8 września 2014

Wiersz się łamie rytm ucieka prószy popiół

I po lecie, i po wakacjach. Kolejny nieopublikowany dotychczas z projektowanego trzeciego tomiku.  




Teoria wiersza bolskiego [dopuk]




wieczny chłopiec w ciemnych okularach goni pociąg
jego życie się zaczyna tam gdzie kończy koło
bo przecież żyć będziemy szybko w celuloidzie
wśród kieliszków zapalonych chyba nie dla żartu
dopóki barman trzyma w górze śnieżnobiałą szmatę
i blat jest wciąż wilgotny śliski niby peron

wieczny chłopiec sfałszowany jak każda legenda
opowiadana w ciemnej sali przyduszonym szeptem
dopókimyżyjemy  nim nam rzucą ręcznik i zszyją łuki brwiowe
po ostatnim ciosie a chłopcy się oderwą od piersi czy udek
koktajli mołotowa pitych duszkiem w bramach
tuż przed pierwszą przechadzką na ten five o’clock 

wieczny chłopiec rudy kronos czy antonim
nie opoka ani bestia nie skarlały książę
z różą w zębach pełznący przez cały mokotów
vis a vis na tygrysa by wyliczać smętnie
imiona zapadniętych w studzienki ściekowe
pod trawy oślich łączek upasłe na kościach

wieczny chłopiec w ciemnych okularach gubi diament
wiersz się łamie rytm ucieka prószy popiół
w cztery oczy iskiereczka jeszcze mruga
na śmietniku zagrzebana w stare łachy
a kto z nami ten nie z nami nie wypije nie pobiegnie
nie ma dokąd już foreście nie ma po co

------------------

wtorek, 29 lipca 2014

We are poor passing facts, warned by that to give each figure in the photograph his living name

Kolejny remanencik jesienny.   



Stationary traveller



Those blessèd structures, plot and rhyme--
why are they no help to me now
Robert Lowell Epilogue




Moja walizka jest pusta. O tej porze roku
nie wypełnia jej nawet jałowy listopad,
a w głowie mam przypowieść o tym, jak rozdali
talenty zamiast fantów w jarmarcznej loterii,
i papugę, co w dziobie miętosiła skrawek
losu z moim numerem (na końcu dwie szóstki).

Listopad w mojej głowie – rana postrzałowa,
brudna i zaropiała, bo z góry się sączy:
nie jesteś tym, co kochasz. Nawet w telefonie
dźwięk zerwał się łańcucha, obszczekując ciszę,
niby strachliwy kundel, a ona jest niema,
nie ma jej w okolicy (czemu mnie odchodzisz).    

Bo taka zgrzebna pustka jest neologizmem
mojej nieobecności tuż po opuszczeniu.
Walizka napełniona samym nie zbyt ciężka
do udźwignięcia także przez stado siłaczy.
Kiedy pod nią upadam przy kolejnej stacji,
nikt nie czeka z ręcznikiem (nawet Berenika)  


-------------------------
Marzenia są głupie, a my naiwni

 I wish you could swim
Like the dolphins, like dolphins can swim
Though nothing, nothing will keep us together
We can beat them, for ever and ever.

We can be Heroes, just for one day.

I, I will be king
And you, you will be queen
Though nothing, nothing will drive them away
We can be Heroes, just for one day
We can be us, just for one day

I, I remember standing, by the wall
And the guns, shot above our heads
And we kissed, as though nothing could fall
And the shame, was on the other side
Oh we can beat them, for ever and ever

Then we could be Heroes, just for one day

We can be Heroes
We can be Heroes
We can be Heroes
We can be Heroes
Just for one day 

poniedziałek, 28 lipca 2014

None of this cares for us. Nothing shows why at this unique distance from isolation

Kolejny remanentowy. Ponad rok się uchował.




Milczenie  w łóżku

Leżenie obok siebie to zwyczaj tak dawny
Philip Larkin Rozmowa w łóżku


Larkinowi


Patrzą się ciemne miasta po horyzont
i nic nie widać, nic się nie chce mówić
w zaciszu łóżka, chociaż kiedyś było

przecież inaczej, gdy noc w jasną szczerość
i dotyk w prawdę, tak pięknie nieczystą,
obracaliśmy, aż smętnym voyeurom

wzrok mgłą zachodził od tej intymności,
a w snach samotnych marzyło się piekło
i my w nim, w ogniu, który nas nie topił.

Teraz brakuje nawet nieprawdziwych
słów i czułości - cisza nas rozdziela   
z każdym oddechem w ostygłej pościeli.

-----------------------------

You spurn my natural emotions
You make me feel like dirt
And I’m hurt
And if I start a commotion
I run the risk of losing you
And that’s worse

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
You shouldn’t’ve fallen in love with?

I can’t see much of a future
Unless we find out what’s to blame
What a shame!
And we won’t be together much longer
Unless we realize that we are the same

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
You shouldn’t’ve fallen in love with?

You disturb my natural emotions
You make me feel like dirt
And I’m hurt
And if I start a commotion
I’ll only end up losing you
And that’s worse

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
You shouldn’t’ve fallen in love with?

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
Ever fallen in love
In love with someone
You shouldn’t’ve fallen in love with?

Ever fallen in love with...

Ever fallen in love with someone
You shouldn’t’ve fallen in love with?


czwartek, 24 lipca 2014

Pamiętam wcale nie ciebie, tylko twoje włosy

Sprzed kilku miesięcy. Zagubił się gdzieś.  


Sonet dla ogłuszonego


Well never mind, we are ugly
but we have the music.
Leonard Cohen Chelsea Hotel no.2



gdy wybuchła muzyka nie spaliśmy wcale
i byłem taki brzydki w twoim jasnym świetle
przeszkadzała mi smutna namacalność ciała
zaplątanego biernie w ociemniałe ręce

i byłem taki brzydki jak ten hotel chelsea
ślepy niby zaułek z kostropatą ścianą
nad którą nie chce patrzeć zakurzony świetlik
gibel ani lukarna kiedy namacalność

przekracza krawędź dłoni ostatnią granicę
a za nią snu brakuje i chwieje się czułość
zaczepiona przypadkiem w białej rękawiczce
tuż nad stopień przed świtem o cal od wybuchu

i byłem taki brzydki jak ten stary hotel
ociemniały od dźwięku który miałaś w sobie


-----------