Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


czwartek, 28 czerwca 2012

Burn Baby Burn





Niebo przecina się z wroną  [w oku]


to przypomina film rydwany ognia:
jest bieg i ziemia, aż po skraj widoku,
gdzie niebo chętnie przecina się z wroną. 
topole w żółci, strach na polu w oku
ma strach, że nigdy nie będzie zielono.
nigdy odpływa i zlewa się w chwile,
a potem chwile zlewają się w teraz.
tych kilka śladów w poprzek polnej bruzdy
- to my, jak wrony, wczepieni w ten pejzaż.
a jesień? biegnie na skraj powidoku.
pod zaciśniętą powieką ma ogień,
bieżnię i metę (za nią tylko spokój,
który wraz z garścią chrustu się spopieli).
spod łachów stracha przebija się zieleń.








z lekka odkurzony sprzed kilku lat

piątek, 22 czerwca 2012

Przeczuwamy jak to będzie, gdy wszechświat się rozejdzie w szwach...





Anizotropia

gdy dziewczyna vermeera gubi w łóżku perłę,
cały świat się zaciska jak jej mleczne uda,
chyba z żalu, że taka uroczysta chwila
przytrafia się raz w życiu. potem tylko proza
i sól życia sypana na weselny obrus
- ślad po nieznanych gościach bełkoczących gorzko.

holenderskie koronki, które na niej porwał,
włoskie lody, francuska miłość, to ostatnie
ślady po wielkim świecie. resztę zgubi w drodze
na lotnisko - z tarasu coraz starsi chłopcy
machają chusteczkami, a pasy startowe
puchną od dżambo dżetów wpiętych w chętny beton.

pozostaje nadzieja, że kolejny vermeer  
rozwiesi dla niej płótno i może uwieczni
moment, kiedy bezwstydna jędrność ud
uwalnia nową perłę. będzie prawie czarna
na tle cyfrowych matryc, jak kropla szaleństwa,
która przydaje blasku nawet zgasłym świecom.     

środa, 13 czerwca 2012

Jeśli kiedyś spotkam jedno z moich wcieleń, czy nadal będę rzucał cień?




Litania do wielkości urojonej

Nie ma snów śnionych wspólnie
Stanisław Lem


Alicjo,
wieżo z kości skroniowej rozszczepionej strzałem
na drzazgi, które wpełzną pod brudne paznokcie
wyciągając najbardziej intymne zwierzenia
z oddechu zdradzonego o świcie przez głupich.

Alicjo,
panno łaskawsza zimą dla ziaren gorczycy  
szeleszczących w poduszkach ludzi bez sztywnego
kręgosłupa z głowami pustymi od trawy
wypalanej na wietrze skostniałym jak skowyt.

Alicjo,
matko pory deszczowej i śliskich kamieni,
ryb rysowanych gładko przez wiernych na maskach
samochodów płonących od rzutu butelką
pełną bliskiego wschodu albo złych skłonności.  

Módl się za nami, kiedy suchy opis
zabije czułość skrytą w zagłębieniu dłoni
i pozostanie tylko senne miejsce
po lewej stronie grzyba, które może zmniejszyć
świat do rozmiaru doskonałej próżni.