Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


środa, 25 grudnia 2013

Nie ma strachu i magii, nic się nie rozwiewa





Atra [złamana]


Larkinowi


Nie chcę mieszkać w dniach. Jestem kiepskim lokatorem,
rozwieszającym pranie na sparciałych sznurkach
i gotującym zawsze te same potrawy.
Monotonia, to imię, które mi nadano
na chrzcie świętym – podobno wujek protestował,
ale go zakrzyczała zebrana rodzina,
a teraz pokutuję za własną powolność
i zbliżam się do śmierci, bo ona ma w sobie
elegancję konieczną, by zapomnieć wszystko
czego i tak nie będzie. Umie stawiać kropki.

Większość rzeczy się zdarza całkiem niedorzecznie
albo całkiem na opak. Ta jedna napełnia
świat światłem konsekwencji i choć każdy weźmie
swoją porcję samotnie, a potem na stronie
z  talerzyka łyżeczką gorliwie zeskrobie,
co mu oszczędne Parki nałożyły stypnie,
lecz pozostanie absmak, a może modlitwa,
do któregoś ze zbawców w lokalnym narzeczu
lub pociecha niesiona przez hożych kapłanów
tuż po odejściu  kliki w jaśniejących kitlach.

Potem będzie tak samo, jakbym dalej hasał
beztrosko i bezczelnie, nie zważając wcale
na kompletny brak siebie. Świat się nie zatrzyma.
Ktoś opróżni mieszkanie, szafy i szuflady,
wyprowadzi mnie całkiem, zapłaci zaległe
należności i długi. Może przyjmie resztki
z sądowym dobrodziejstwem lichoinwentarza.
W końcu nastanie cisza, tak konieczna przecież,
by pozwolić krewniakom na łyk zapomnienia.
Czasem tylko listonosz pod drzwi się zabłąka.    

----------------


środa, 18 grudnia 2013

And that has made all the difference

Kolejny remanencik pokonkursowy





Elegia dla porażonych


Surely some revelation is at hand




Niebo nie ma przyszłości, bo się samo nie ma,
i startuje z przeczenia – tak, jak nieobecność.
Na końcu „o” maleje, otwarte zdziwieniem,
że można liczyć mrzonki, pewne niby profit,
procent od urodzaju ducha nad jeziorem,
kiedy przywódca stada mądrze dzieli ryby.

Nie ma przyszłości przyszłość, bo się sama nie wie
i choć w środku idzie ku nowym Betlejem,
to nie jest objawieniem, bo to, co przypełza
razem z nią pod próg „dzisiaj”, ma smak odgrzewanych
kotletów z trzeciorzędnej jadłodajni w mieście,
o którego upadku krzyczą głodne mapy.

Nie ma drugiego przyjścia, skoro nie ma świadków
pierwszej wizyty gościa w naszej okolicy.
Na damasceńskiej drodze wiatr rozwiewa chmury
i widać błyski światła, lecz tylko nieliczni
odbiorą komunikat szeleszczący w mroku,
a potem się nawrócą na piaszczystą mantrę:
o saraj, sarin, szaweł, napełniając płuca.

W górze kołować będzie ogłuszony sokół.

--------------------------------


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Today I am dirty.Tomorrow, I know I'm just dirt

Dzisiaj "cudzes", ale trafny. Wyjątkowo trafny.

Today I am dirty
I want to be pretty
Tomorrow, I know I'm just dirt

Today I am dirty
I want to be pretty
Tomorrow, I know I'm just dirt

We're the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

We're the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

Yesterday I was dirty
Wanted to be pretty
I know now that I'm forever dirt

Yesterday I was dirty
Wanted to be pretty
I know now that I'm forever dirt

We're the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

We're the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

Some children died the other day
We fed machines and then we prayed
Puked up and down in morbid faith
You should have seen the ratings that day

Some children died the other day
We fed machines and then we prayed
Puked up and down in morbid faith
You should have seen the ratings that day

We are the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

We are the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are

We're the nobodies
Wanna be Somebodies
We're dead,
We know just who we are


----------------------------------------------------

piątek, 6 grudnia 2013

Our hopes and expectations, black holes and revelations

Znów pokonkursowo




Lucifuge


jej oko niebieskie
i trafi cię kulą z ołowiu i trafi cię celnie
Paul Celan Fuga śmierci
 


Owoc twego żywota wydłubuje oczy
szpakom schwytanym w siatkę rozpostartą w sadzie,
pomiędzy pniami drzewek, a potem ogląda  
taniec pełen podziwu dla śmierci bez szmeru
zaciekawionych kamer, komentarzy z offu
pustych jak oczy lalek na straganie w odpust
na chwałę świętych pańskich: Damiana i Kosmy.

Taka mała dyskrecja zanurzona w cieniu   
ociężałych jabłonek, moreli, czereśni,
co nie przyciąga sobą uwagi i rośnie
z całopaleniem mrówek, gdy słońce w soczewce
powiększa hekatombę przynajmniej stukrotnie,
zostawiając na cegłach popielate smugi,
podobne do kosmyków smutnej Sulamitki.

Jest droga pod prysznice zanurzona w chłodzie
cichych wiśniowych sadów, kiedy nikt nie patrzy
lub nie chce słuchać krzyków oślepionych ptaków,
a tuż przy drogowskazie z napisem gehenna
tkwi strażnik-niedorostek, któremu na czapce
świeci się emotikon i krzyż z ludzkich kości,
niżej zaś błyskawice na patkach kołnierza.
 
----------------------------------------------------
A little bird lit down on Henry Lee 
Lie there, lie there, little Henry Lee
Till the flesh drops from your bones

poniedziałek, 2 grudnia 2013

I znowu moje wiersze w "Toposie"

W numerze 5/2013 "Toposu" na str. 194-196 moje wiersze nagrodzone w tegorocznej "Strunie Orfickiej".
To trzeci z kolei numer "Toposu" gdzie jest coś "ze mnie lub o mnie".



środa, 27 listopada 2013

Words left unspoken left us so brittle

Kolejny "po"




Zwrotnik Raka [tropy i tropiki]



Drzewo się żarzy w słońcu, powietrze odpada
od zesztywniałych liści, gdy tak falujemy
­– każde w osobnej frekwencji.
To, co nas łączy, jest dobrze schowane 
przed całym światem, bo wokół złodzieje,
szczury podsłuchowe szczerzą satelity
i szybkie serwery, by wyłapać nutę,
na której gramy, a potem nas spalić 
w naszym prywatnym Waco ( z dużą porcją gazu).

Zanim podejdą cichcem do naszego łóżka,
połknę cię i wypiję jak jasną truciznę.   
Jesteś gorzkim migdałem, ociemniałą wstęgą,
świtem po martwym słońcu.
Dajesz imiona rzeczom, kształty słowom,
a kiedy nabierają życia, zamykasz je w klatkach,
by nie odeszły. Potem robisz zdjęcia
– okrutne obietnice komunii z pikseli i ciała.
Nie widzę na nich niczego letniego.


----------------------------------


wtorek, 26 listopada 2013

Who said god was ever clean?

I znów pokonkursowy



Lotność


córki soli zastygły w niewygodnych pozach
z biodrami wypchniętymi w stronę domu ojca
bo jaka może większa być ofiara z ciała
kiedy cielec śpi w kącie nasiąknięty winem

córki soli zastygły zdumione sposobem
w jaki błogosławieństwo zmienia się w perwersję
i najbardziej nieczysty sposób by przedłużyć
gatunek lub rozmowę przed upadkiem miasta

pierwszy raz to tragedia drugi to już farsa
lepiej zapalić blanta potem zmienić temat
kazania o grzeszniczkach co uszły bez kary
zanim stary się zbudził i pochował ptaka

o zmarłych tylko dobrze zwłaszcza kiedy rankiem
kogut już nie zapieje na znajomą nutę
i wola boska będzie jeździć na wierzchowcu
innym niż spity wdowiec bez zameldowania

córki soli zastygły zamienione w proszek 
którym inni posypią swoje puste głowy
a stwórca zamieszania ten wytrawny voyeur
mówi lepiej zapomnieć niż zabrnąć w szczegóły

-----------------------------

poniedziałek, 25 listopada 2013

But it ends the day you understand there is no if...

Kolejny poratoniowy



Moonwalking


Brodskiemu


Dopóki mamy twarze, czas wygładza lustra
litościwie i czule. Jeszcze jest nadzieja
na nadejście uczucia, może raz ostatni,
a może raz kolejny na zimową nutę.

Niewiara wciąż układa senne scenariusze,
prostuje prześcieradła  i  oszrania skronie,
niby mróz ostateczny niosący wyroki
bez prawa apelacji, powrotu na ziemię.

Dotknij mnie, a poczujesz, tuż pod opuszkami,
zwierzę, co oszalało przed kolejnym świtem
ze strachu, że nie będzie kolejnych dni z tobą
i ktoś wpisze je w bilans po ujemnej stronie.

A noc, gorzka jak migdał albo czekolada,
przepuści nas na drugą, lunatyczną stronę
i każe rozpoznawać dobrze znane ciała
tuż przed pogrzebem złudzeń, bez zbędnego jutra.


----------------------------


poniedziałek, 18 listopada 2013

Wohowow, when I'm dead and gone




Koniugacje [ego te absolvo]



są rzeczy, które są starsze od własnych imion
Pod morzem - Ezra Pound


kto ci umiera? ojciec, pies czy matka?
na co umiera? (bo może na ciebie?)
komu umierasz i komu śmierć niesie
twoją głowę na tacy (w ryjku słodkie jabłko)?

jaki skorupiak zbiera tak żałosne żniwo
i jaki chrzciciel będzie tańczyć na pogrzebie,
kiedy zaśnie dziewczyna o biodrach z szylkretu,
zanurzona w jedwabie i zwoje muślinu ?

kogo odnajdziesz na końcu odmiany,
jeśli zabawa warta funta kłaków,
a twarze, których szukasz, mają twoje rysy,
a usta szepczą kodę: da gong,  ma bro, da gong?


-------------------------
I muzycznie - Fury In The Slaughterhouse
ooh I love you baby, I love you night and day 
when I leave you baby, don't cry the night away 
when I die, don't you write no words upon my tomb 
I don't believe, I want to leave no epitaph for two 

wohowow, when I'm dead and gone 
I wanna leave some happy woman living on 
wohowow, when I'm dead and gone 
I don't want nobody to mourn beside my grave - yeah 

ooh, Mama Linda, she's out to get my eye 
she's got a shotgun and a daughter by her side 
hey there, ladies, Johnson's free 
who's got the law, who's got the love to keep a man like me 

wohowow, when I'm dead and gone 
I'm gonna leave some happy woman living on 
wohowow, when I'm dead and gone 
I don't want nobody to mourn beside my grave - yeah 



piątek, 15 listopada 2013

Tell all the people who believe what they read in the press

Jesień i wiersze wysłane na konkursy wracają do "gniazda". Teraz te po Ratoniu i Piastowie.
Pod dzisiejszym bonus od New Model Army. Jakże trafny.
Geneza wiersza jest prosta. W II PR słuchałem audycji literackiej i było tam coś o arkuszu poetyckim Pawła Huelle "Kraj bez winnic". Taki tytuł to dobry kop do dopisania czegoś od siebie.




Heimat [konwertka dla Pawła Huelle]


to kraj bez win i winnic, dołem idą kierpce,
waciak i gumofilce, cygańska muzyka,
a matka boska w klapie przygląda się temu
z bezpiecznej wysokości pod sumiastym wąsem.

to kraj bez win i grzechów, który wciąż się buja
ciurkiem od okupacji aż do odkupienia,
a gdzieś pomiędzy nimi błąka się przedmurze
i huczy wiatr zdradziecki wprost z nieludzkiej ziemi.

to kraj bez i kremówek z dobrym życiorysem,
brązów lanych bezczelnie koturnowym karłom,
gdzieś na wiejskiej ulicy – tam pijane kundle
obsikują nogawki bezpańskim poetom.

to kraj i ja w nim jestem, bo to stan umysłu,
a nie miejsce na mapie. tu wciąż się zawiesza
nad drzwiami krucyfiksy, by strzegły od licha,
kiedy cetno spoczywa w niewłaściwej dłoni.

to ja, piołun i miazga, ostry okruch żwiru
wzięty z pobocza drogi, co wiedzie donikąd.
każdy mój krok to taniec z głową pełną słomy,
w której ukryłem hasło: a to cośtam właśnie.

------------------------------------------
I bonus muzyczny/tekstowy od New Model Army

Tell all the people who believe what they read in the press
Tell all the folk who stare from behind suburban walls
The enemy is not some nation far across the sea
The enemy is with us every single breathing day

So yes, I will fight for my country
The land that I love so well
Yes - for justice, a land fit for all our futures
Yes, I will fight for my country
The land that I love so well
Hear the voices of our history echo all around

Fight all the ones who divide us rich against poor
Fight all the ones who divide us white against black
Fight all the powers who want their missiles in our earth
Fight all the people who would lead us into war
No rights were ever given to us by the grace of God
No rights were ever given by some United Nations clause
No rights were ever given by some nice guy at the top
Our rights they were bought by all the blood
And all the tears of all our
Grandmothers, grandfathers before

For all the folk who gave their lives for us
For all the folk who spit out - never say die
For all the fires burning on our highest hills
For all the people spinning tales tonight
Fight all the powers who would abuse our Common Laws
Fight all the powers who think they only owe themselves...



środa, 13 listopada 2013

Eyes Wired Shut




Filtrowa-nie

So the darkness shall be the light,
and the stillness the dancing
T.S.Eliot East Coker


och nie narzekaj że całkiem oślepłeś
to tylko światło przestało cię lubić
teraz omija twoje niewidzenie
wybiera punkty w których nie zatonie
gdzie nic nie przylgnie do lśniących krawędzi

do tych co wyszli do ciemnego kresu
nie dotrze nawet odblask zmartwychwstania
jesień wypali do samego filtra
przyjaciół krewnych a potem zagrzebie
pozostałości w płytkich zagłębieniach

możesz zatańczyć w miejscu niczym kurczak
rażony prądem albo strzelić w głowę
zanim cię stroszku przytuli do siebie
pan lunaparków i smutnych miasteczek
który od nie zaczyna każde zdanie

------------------------------
I tak skojarzeniowo

I've thrown away again the pills that make me
I've thrown away again the chance to want to change
I've thrown away again I'm standing all alone
I've thrown away again

Eyes wired shut running through my brain
Pulling back the skin it happens we're getting older
Eyes wired shut running through my brain
It's all the same but in the end it keeps me coming

I've blown away again the fear of failing
I've blown away again the lies that make me sane
I've blown away the chance to make it right
I want to be I want to see I want to make it back to me

'Cause I just waste away the chance the time to face the change
To make myself to think that things are better




piątek, 8 listopada 2013

Rocznica urodzin idolki

Wczoraj minęła 146 rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie.
Weźmy sobie do naszych polskich serc jej ponadczasowe napomnienie.
Napomnienie poniżej.


I piosenka dla idolki.

Fall is the falling season

Dziś bez mojego wiersza. Publikuję za to jeden z najgenialniejszych muzycznych obrazków o miłości.
Ladies and Gentelmen - The fabolous Tom Waits. Na samym dole fanclip z tekstem.

Well I hope that I don't fall in love with you
'Cause falling in love just makes me blue,
Well the music plays and you display
Your heart for me to see,
I had a beer and now I hear you
Calling out for me
And I hope that I don't fall in love with you.

Well the room is crowded, people everywhere
And I wonder, should I offer you a chair?
Well if you sit down with this old clown,
Take that frown and break it,
Before the evening's gone away,
I think that we could make it, 
And I hope that I don't fall in love with you.

Well the night does funny things inside a man
These old tom-cat feelings you don't understand,
Well I turn around to look at you,
You light a cigarette,
I wish I had the guts to bum one,
But we've never met, 
And I hope that I don't fall in love with you.

I can see that you are lonesome just like me,
And it being late, you'd like some some company,
Well I turn around to look at you,
And you look back at me,
The guy you're with has up and split,
The chair next to you's free, 
And I hope that you don't fall in love with me.

Now it's closing time, the music's fading out
Last call for drinks, I'll have another stout.
Well I turn around to look at you,
You're nowhere to be found,
I search the place for your lost face,
Guess I'll have another round
And I think that I just fell in love with you.


środa, 6 listopada 2013

Cry like a child, though these years make me older



Pogrzeb z Kalibanem


Jackowi Dehnelowi


Lew mojego słońca powoli umiera
– tak właśnie chciałem rozpocząć spóźniony nekrolog,
w którym brakuje przede wszystkim ciała
ofiary zabitej przez świeże powietrze
i nie ma Mediolanu.

Nie istnieję Prosperze. To samo staranie,
co ciebie wyniosło w górę, mnie zepchnęło z drogi
i brokat odpadł, i miłość zepsiała
na każdej z sześciu desek.
Nie ma Mediolanu?

Zjada mnie sama konieczność pytania
o  miejsce miejsc czy imię imion
ważniejsze przecież od ciepłego łóżka
czy szeptu zaszytego w wietrze:
nie ma Mediolanu.

Jest miejsce – pamięć i nazwa jak słońce,
pod nimi moje rozpalone czoło,
pod czołem szrama po kaprysie losu,
a niżej paszcza ryczy na Berdyczów,
ciemny i głuchy po wejściu jesieni,
o niemym Mediolanie,
mojej  bezimiennej.
Potem śmierć wchodzi poprawiając szarfy
na plastikowych wieńcach
z lwem wplątanym w banał.




----------------------------------

Procession moves on, the shouting is over 
Praise to the glory of loved ones now gone 
Talking aloud as they sit round their tables 
Scattering flowers washed down by the rain 
[...]
Played by the gate at the foot of the garden 
My view stretches out from the fence to the wall 
No words could explain, no actions determine 
Just watching the trees and the leaves as they fall



poniedziałek, 4 listopada 2013

Ernest Bryll o konkursie w Rypinie i moim wierszu też - video.

Omówienie VIII edycji „Rypińskiego Albumu Poetyckiego” dokonane przez Ernesta Brylla. O moim wierszu -"ajka" jest od 13 minuty.

Tu wyniki ze strony organizatora.
LINK http://www.ziemiadobrzynska.pl/art/1316/wyniki-viii-edycji-ogolnopolskiego-konkursu-rypinski-album-poetycki.html


 

 A na koniec jeszcze raz w/w wiersz



-ajka


Król i królowa, nadzy, nie przy stole,
a jej gronostaj łysy jak jasna polana,
a jego berło miękkie niby zgasła kość.

Poodkładali na bok sporne terytoria
i poszli do pościeli wyławiać narybek,
i dotarli gładko na skraj nocnych koszul.

Król i królowa, zmarzli, nie przy winie,
a jej się marzy łóżko ciepłe jak Maroko,
a jemu śnią się grzechy pełne młodych ciał.   

Poukładani, cisi, na osobnych brzegach,
bez wspólnych czułych pragnień, zapatrzeni w lata
bezczelne, leniwe, pełne gier i kłamstw.    

Tak umieramy z wolna, gdy kończy się bajka
i  morał nas dopada tuż za okładkami.

środa, 30 października 2013

Wszyscy się o mało nie posrali...

Wszyscy się o mało nie posrali...
W mediach raban i labidzenie, bo umarł  Tadeusz Mazowiecki. A mnie to wisi, dla mnie to żadna strata. Podobnie jak nie obchodzi mnie, który kolejny polityk odejdzie w mniejszym lub większym niespokoju.
Oni wszyscy są mierzwą, brudną pianą na mojej rzeczywistości. Niech będzie, że jestem złym człowiekiem :). Fula mi to.

Tymczasem tuż obok odszedł jeden z wielkich - Lou Reed. Jego zniknięcie jest dla mnie stratą, podobnie jak zniknięcie Joey'a Ramone, Joe Strummera, Jamesa Gandolfiniego. I jeszcze kilku innych.
Mazowieccy tego świata nic mi nie dali, ale Velveci czy "Songs for Drella" tak.
Więc żegnam Lou wierszem. Mazowieckim politykom mówię: spadajcie w spokoju. Po was żałoby nie będę nosił.
Niżej zdjęcie Trójcy Nieświętej. Jeszcze w komplecie.


    


Najdziksze strony [o nas-nas]


hey babe, take a walk on the wild side
And the coloured girls go, doo doo doo
Lou Reed Walk On The Wilde Side


Lou Reedowi

najbardziej nas nienawidzą powszedni bogowie,
których mamy wszczepionych już od urodzenia,
lecz ponoć jest tak łatwo pokochać ułomnych,
jak psy zaczipowane przez zapobiegliwe
władze miast powiatowych z wysokim wskaźnikiem
bezrobocia i innych strukturalnych bzdetów.

spacerujemy  razem po najdzikszej stronie
i nic nas nie obchodzi na czym jadą goście.
może brązowy cukier z miedzianej łyżeczki
albo inny probiotyk napędza ich stany
zjednoczone nie bardziej aniżeli niebo
z głową czarnej dziewczyny przy małym doo doo doo.

teraz w kwestii wszczepienia: mój słodki czajniczku
zawieszony w kosmosie na stałej orbicie,
jeśli trafiasz do księgi, to przygodny cytat 
wywołuje nienawiść, więc wciągajmy resztki
sangrii w śródmiejskim parku, a  sam bertrand russel     
podrapie nas po grzbietach przy szybkim doo doo doo    

- powszednim i zwyczajnym niby boskie ciało.

------------------------------------
Uwielbiam ten anglosaski rodzaj poczucia humoru u Lou:

Candy came from out on the island,
In the backroom she was everybody's darling,
But she never lost her head
Even when she was given head



wtorek, 29 października 2013

I am the man from the planet Marzipan

Kolejny wiersz "uwolniony" pokonkursowo. Ty razem przez Ernesta Brylla :).





-ajka


Król i królowa, nadzy, nie przy stole,
a jej gronostaj łysy jak jasna polana,
a jego berło miękkie niby zgasła kość.

Poodkładali na bok sporne terytoria
i poszli do pościeli wyławiać narybek,
i dotarli gładko na skraj nocnych koszul.

Król i królowa, zmarzli, nie przy winie,
a jej się marzy łóżko ciepłe jak Maroko,
a jemu śnią się grzechy pełne młodych ciał.   

Poukładani, cisi, na osobnych brzegach,
bez wspólnych czułych pragnień, zapatrzeni w lata
bezczelne, leniwe, pełne gier i kłamstw.    


Tak umieramy z wolna, gdy kończy się bajka
i  morał nas dopada tuż za okładkami. 



wtorek, 22 października 2013

I don't know just where I'm going but I'm gonna try for the kingdom, if I can



Oremus


o panny galerianki, o błogosławione,
które posiądą ziemię wraz z całym bogactwem
usług wpisanych w pakiet sieci komórkowych,
i będą lizać rany po ostatnich ucztach,
a cień będzie im  świecić jak cynowa misa.

o panny galerianki, o panny łaskawe,
co połykają noce nabrzmiałe od chęci
lub choćby wyobrażeń na temat znaczenia
usług wpisanych w pakiet sieci komórkowych,
bo z nimi jest bogactwo i mosiądz w bilonie.  

o panny galerianki, o ptaki na drutach
ciągnące wprost z pakietu sieci komórkowych
- niech nie odwraca twarzy władca dobrych taryf,
szybkiego wybierania i łatwych numerów,
kiedy panny uklękną do nowej modlitwy

za wszystkie grzechy świata, niedomyte winy.  



poniedziałek, 21 października 2013

Hey you, standing in the aisles with itchy feet and fading smiles




Tren XVII i pół



Pańska ręka mię dotknęła,
Wszytkę mi radość odjęła
Jan Kochanowski Tren XVII


Pan dotknął mnie swą ręką, odbierając radość.
Osobno odszedł ojciec i samotnie matka.
Jestem jak pusty peron rozjaśniany słabo
przez kilka brudnych lampek w tandetnych oprawach.

Skąd ten mrok się wylewa, czemu go nabieram
więcej z każdym oddechem i czemu tak łatwo
światło oddaje pole, a cała energia
uchodzi bezpowrotnie, opuszczając ciało?

Jeśli to Pańska ręka, dlaczego tak ciężka
i mało sprawiedliwa? Przecież nie chcę więcej
niż potrafię pomieścić w dziurawych kieszeniach
albo może udźwignąć ogrzane powietrze.

A może sprawiedliwość tylko nieco ślepa,
bo zestarzał się Pasterz i kij, który trzyma,
to jedyny argument, więc na moich plecach
używa go do woli, ucząc dyscypliny.

Jeżeli Pan mnie dotknął, odbierając radość,
mianował nowym Hiobem, to nie chcę się zbudzić
wcale ze snu wiecznego, bo może zbyt mało
wie o tym, jak samotny jest bez bliskich smutek. 




piątek, 18 października 2013

Gravity. No escaping gravity. Gravity. No escaping... not for free





SWAK [List prokonsula 2]


Grawitacja wciąż słabnie. W tym kraju mnie trzyma
jedynie stos rachunków – za światło, gaz, wodę.
Głuchnę za każdym razem, gdy otwieram uszy,
ślepnę, kiedy niebacznie włączę telewizor.
Przechodząc obok księgarń widzę tylko rzezie,
katastrofy lotnicze i twarze rejtanków,
co z gównem na ustach wykrzykują imię swej ziemi ojczystej.
Owa preambuła wiary, nadziei, miłości napełnia mnie obrzydzeniem
przy stojakach w saloniku prasowym.
Tam królują stada małychmadzi z matkami
tuż obok noworodków utopionych w bagnach. 

Kto pisze się nie zabija
– tak twierdził w wierszu jakiś idiota.
Nie miał krztyny racji.
Śmierć jest odtrutką na niesmak tej ziemi,
której oblicze oszpecone trądem,
i nie przyniesie ulgi czuły pocałunek
w płytę lotniska po wylądowaniu.      

Tacyt już nie pomaga. Tacyt liczy gwiazdy,
a może go nie było i ten cały podział,
złota harmonia jest tylko milczeniem
w chwilach, gdy brak grawitacji
skłania do odlotu.


--------------------------
Skojarzyło się jakoś z tym 

Coming up beyond belief 
On this coronary thief 
More than just a leitmotif 
More chaotic, no relief 
I'll describe the way I feel 
Weeping wounds that never heal 
Can the savior be for real 
Or are you just my seventh seal? 

No hesitation, no delay 
You come on just like special K 
Just like I swallowed half my stash 
I never ever want to crash 
No hesitation, no delay 
You come on just like special K 
Now you're back with dope demand 
I'm on sinking sand 
Gravity 
No escaping gravity 
Gravity 
No escaping... not for free 
I fall down... hit the ground 
Make a heavy sound 



czwartek, 17 października 2013

Breathe underwater, I'm comin' up for air!




Odkrywka [Podwodna Ameryka]

Czy nie zechciałby pan mnie odkryć?
cytat z gazety netowej

  
boisz się, że zostaniesz ponownie odkryta
- podwodna ameryko. ostatni wzwód słońca
nad  twoim nagim ciałem będzie się szamotał
niby para kochanków w toalecie pubu
do rytmu taniej muzy. żar rozjarzy okna,
a potem nagle zmięknie i przestanie wzbudzać
jakąkolwiek namiętność, gdy skończy się lato.

przyjdzie jesień, wywróci kieszenie larkinom,
trzeźwośpiącym w kapliczkach, i gromko obwieści
nadejście nowej ery, w której każdy kolumb
dostanie karawelę, a zanim wyruszę 
odkrywać cię po zmierzchu, na kuchennym stole
zostawię astrolabium i kilka wskazówek 
dotyczących powrotu do codziennej ziemi.

jesteś jak zawrót głowy, bo kto rano wstaje,
by znowu cię odkrywać, kręci się przeciwnie 
do kierunku obrotu całej reszty świata.
drażniące przyjemności, które mi podsuwasz
pod niecierpliwe dłonie, są jak czuły balast
- lekki i tymczasowy, więc opróżniam płuca,

nie czując wcale lęku, gdy idę pod wodę.  




czwartek, 10 października 2013

Lithium, Prozac. When's it gonna end?

Tak jak wczoraj - nadrabiam wielomiesięczne zaległości w publikowaniu wierszy.

Lithium, Prozac. When's it gonna end?
Anthony 'Tony' Soprano Sr. 


It wasn't like it was friggin' Cobain! It was just a little suicidal gesture, that's all.
Anthony 'Tony' Soprano Sr.






Wiersz dla Tony’ego Soprano


Jamesowi Gandolfiniemu


kaczki z basenu dawno odchowały młode,
depresja się podkrada, by dopaść nas rankiem
i nie ma po co wstawać z łóżka albo z martwych.

jesteśmy tylko czasem, a czas nie chce służyć
i nie chce wcale wstawać z łóżka albo z martwych.
jego wewnętrzną pustkę napędzają błyski
niskiego słońca w tafli chlorowanej wody.

jeżeli po niej pójdziesz, nowina się wzniesie
aż po ostatni sezon, w betonowym dżersi,
że jest gdzieś  takie miejsce z rezerwacją dla nas

- lato, na które braknie ludzkiej wyobraźni. 

środa, 9 października 2013

In a Manner of speaking I just want to say




Matka wszystkich moich wojen [szepcze cymbał brzmiący]



gdybym nie poznał ciała tej starej kobiety,
lecz tylko innych kobiet, byłbym potępiony.
gdybym za nią nie poszedł na ostatnią drogę,
musiałbym oddać lustra w bardziej ludzkie ręce.
gdybym nie umiał płakać, przyklejałbym znaczki
na kopertach pełnych patetycznych wierszy,
darmo rozdając wszystkim moje posiadłości.

jestem nią całe życie i nie jestem wcale,
hen od nocy poślubnej do nocy żałobnej.
mam tylko twardą pamięć pełną niepokoju,
która podąża tropem niedzielnych obiadów,
spacerów z psem na molo (zanim grad go zabił).
teraz reszta nie milczy – wciąż słyszę brzęczenie
z cierpkim miedzianym smakiem i nie śpię po nocach.

za dnia mylę twarze jeszcze żywych krewnych.


--------------------------------------------------------


Skojarzyło mi się z piosenką Tuxedomoon.

In a Manner of speaking
I just want to say
That I could never forget the way
You told me everything
By saying nothing

In a manner of speaking
I don't understand
How love in silence becomes reprimand
But the way that i feel about you
Is beyond words

O give me the words
Give me the words
That tell me nothing
O give me the words
Give me the words
That tell me everything

In a manner of speaking
Semantics won't do
In this life that we live we live we only make do
And the way that we feel
Might have to be sacrified

So in a manner of speaking
I just want to say
That just like you I should find a way
To tell you everything
By saying nothing.

O give me the words
Give me the words
That tell me nothing
O give me the words
Give me the words
Give me the words


wtorek, 8 października 2013

If I were called in to construct a religion - I should make use of water

Sezon konkursów poetyckich kończy się i wiersze powoli "zjeżdżają na bazę". Wczoraj pierwszy, a dziś kolejny. Reszta w miarę rozstrzygnięć.  





Nad rzekami [psalm niedorzeczny]



Rozlałem dzisiaj wodę. Krzyczała jak ogień,
bo miała wypisane na skórze imiona,
których używasz wtedy, kiedy jesteś ze mną,
kiedy żegnamy czule krew, ciało i rozum.

Rozsypałem garść soli z martwego jeziora,
by przynieść pecha pechom i odczynić urok,
którym cię obdarzyła matka wszystkich genów
na moje pokuszenie po drodze do nocy.

Rozdeptałem opłatek, chleb rzuciłem w błoto,
by słowo się nie stało, osaczył je patos,
który nie daje nabrać dystansu do chwili
najbardziej niedorzecznej, najmniej niepotrzebnej.

Podobno ci, co proszą, w końcu otrzymają,
jeśli więc choć na chwilę zapomnę o tobie,
niech język trwale przyschnie mi do podniebienia  
nim rozkrzyczaną wodę uspokoi ogień.


---------------------------------------------------------------------------

I tak mi się skojarzyło jakoś

Hey little girl is your daddy home.
Did he go away and leave you all alone.
I got a bad desire.
I'm on fire.

Tell me now baby is he good to you
Can he do to you the things that I do
I can take you higher
I'm on fire

Sometimes it's like someone took a knife baby
Edgy and dull and cut a six-inch valley
Through the middle of my skull

At night I wake up with the sheets soaking wet
And a freight train running through the
Middle of my head
Only you can cool my desire
I'm on fire
------------------------------------------

poniedziałek, 7 października 2013

Sprzeczne fragmenty mówią o tym, że się umiera, kiedy przestaje się pragnąć

pokonkursowo



Kaliban Drugi [hiperkataleksa]



byliśmy nadzy gdy przybiegły wilki
i świt się sączył pomiędzy zaspami
wśród nocnej ciszy na śnieżnym obrusie
jak reńskie wino z upadłej butelki
którą przewrócił niewymowny pośpiech 
zderzenie planet po sierocych torach
i połączenie pięknej z głodną bestią we mnie

blat był nam łóżkiem i na nim cię zjadłem
na nim wypiłem zanim zdarłaś skórę
z mojego grzbietu zostawiając w zamian 
bezwstyd i czułość pomiędzy udami
a w górze oddech rozpięty do krzyku
przez c najwyższe niby grot katedry
co mocniej przybił bestię do zgłodniałej pięknej 

i świt się sączył i ranek się zaspał
pomiędzy bielą czerwieniała wina
że tyle trzeba ostatnich wieczerzy
by zderzyć ciała niebieskawe w blasku
wysokich okien za którymi czuwa
dyskretna ciemność i czule umieści

spragnioną piękna bestię u stóp sytej pięknej 

czwartek, 3 października 2013

October's rust bisecting black storm clouds

Dziś zestaw jesienny z kilku lat , a na koniec piękna jesienna piosenka.




Odlot córek. Cynamon


Tak. Ptasia perspektywa narasta jesiennie,
w lotną perzynę pierza obracając wszystko.
Jako zbędny rekwizyt lata zostawi nam  
skrawki brązowej skóry, twoje drobne stopy
w paski - od tych sandałów przywiezionych z Grecji
(Korynt? Korfu? Kawala?). Negatyw tamtego
słońca - i tyle. Chłodne ranki, świerszcze, rosa.

Schnie jeszcze wszystko. Sierpień wchodzi gładko
w ogień, w łodygi rabarbaru, knedle ze śliwkami.
Potem ucieka między szklane słoje pełne
ogórków. Moje włosy  znowu pojaśniały
cynamonowo - mówisz. Kasja - odpowiadam.
Prawie jak ulubione imię, smak i zapach
ryżu z jabłkami, cisza. Możesz już szkicować

węglem i kredą. Stoję obok, a żurawie
zbierają się leniwie na kartce brystolu.



Dym i jabłka


W powietrzu już czuję dym
(jezu jak uwielbiam ten zapach)
jeszcze wszystko będzie zielone
przez chwilę, potem
przejrzę się w pękających kasztanach
i te chmury na moją głowę
niżej strach suchy, owadzi
że nie doczekam lata
I to wszystko takie nie wprost
powolna śmierć traw i wrzos
mnie mniej o ćwierć
coś mocnego na sen
przed skokiem
do skrzynki jabłek winnych
może bardziej trochę
niż ja i wszyscy inni


Według  Chagalla


Koza skacze przez księżyc, gdzieś ponad dachami
na kozim grzbiecie chłopiec, ściska w ręku  precel,
precel jest sam jak księżyc, słabym światłem świeci,
sypie z nieba okruchy -  nocne lęki karmi.

Pełne mleka są piersi sarniookich madonn,
w korowodzie do studni (skwar łoźnieński parzy),
potem każda przeniesie w dzbanie chłodne szalom
zasłuchana w muzykę studziennych żurawi,

co się z łańcucha zrywa, leci nad gontami,
a za muzyką pomkną wronie stada skrzypków,
zakołują, zajęczą, końskim włosiem szybko
szarpną, bez kalafonii, z nerwem nad nerwami.

Łupiny z spadną dźwięków, a wtedy dziewczynka
zbierze je, schowa w koszu między płomieniami
dzikojesiennych liści i w jarzębin kiściach,
w obrazkach kwaskowatą żółcią wyklejanych,

zanim nuty na popiół lisi ogień strawi.  
Cisza drze się cisza, jak pierze z sypanej poduchy,
słychać głos zagniewany – „Menuhiiii, Menuhiiii”,
lecący w stronę skrzypków (gdzieś ponad dachami).

Struny zabrzęczą słodko, klarnet zaklangorzy
i dziewczynka zadrobi do taktu stópkami,
kosz rzuci, potem ruszy w taniec księżycowy
między stosami precli makiem obsypanych.

woda śpi chłodno w wiadrach, lęk się srebrem nadął  
chłopiec marzy o piersiach sarniookich madonn


Mruczanka jesienna [piosenka]


To złoto nie przyniesie nam niczego
nie opłaci ni rachunków codziennych,
biletów na Majorkę, czy do Vegas
przychylności adwokatów i świętych
Mały taki jest jesieni to kaprys,
co niechybnie poszybuje ku ziemi
w brązy będzie się na chłodno przetapiać
nim go słotny spłucze szybko październik

Między kasztanów szorstkie pnie
poszedłbym z tobą w taki dzień
patrzyć jak babie lato w dal
powietrze z dymem ognisk pcha
lecz nie ma cudów i nadziei na cud nie ma
pajęcze nici ulatują jak marzenia

(I nie myśl głupi, że dla niej znaczysz
więcej niż we włosach wiatr)

To życie ma więcej kolców niż kasztan
potem pęka łatwo tak, tak bezbronnie
nie ma dubli, w montażu nie poprawisz
dni jak klatki przemijają ulotne
bez mejkapów, bez kostiumów, dublerów
stańmy nadzy tak, w jesiennej scenerii,
odegrajmy choć raz w życiu z uczuciem
„Polowanie na złocisty październik”

Między kasztanów szorstkie pnie
Poszedłbym z tobą w taki dzień
Zgubić to, co się zgubić da
Odnaleźć utracony czas
W jesiennym dymie duszą się marzenia,
gdy nie ma cudów i nadziei na cud nie ma

(I nie myśl głupi, że dla niej znaczysz
więcej niż we włosach wiatr)


To co wybucha dla nas pod kołami


Noc nie wie nic o śpiewach nocy.
Wallace STEVENS - Ponowna deklaracja romansu


I pojedziemy razem, a z nami ta droga
- lejąca się pod koła, szorstka, karbowana
(Król Jaszczur w czarnej skórze? imitacja boga?),
a każdy słupek przy niej niby inwokacja,
punkt odniesienia, karma i metempsychoza.

Zbyt wiele słów zbyt trudnych? A jeszcze ta droga
wciąga nas, więc dociskasz: gaz i mnie, i siebie,
niedorzeczna historia, kiepsko wymyślona
(dekoracje ukryte w migotliwym świetle,
gdy bezlistne ogrody płoną na poboczach).

Na drodze jest od rana dla nas niebezpiecznie
- po szrotach straszą zgnioty zbitej jak pies blachy,
spiętrzone kopulują, zanim rdza je zeżre.
Gaz do dechy, maleńka! jeszcze szansę mamy,
jeszcze czas, by się wymknąć z obławy, odlecieć.

Zasadzki już za nami - domy, praca, dzieci.
Pod kołami wybucha niecierpliwa jesień.


Anabaza


i wtedy przyjdą jesienni barbarzyńcy.
potną nas dłutami na cienkie płaty,
napełnią gardła piaskiem i słomkami
- ich pieśń będzie mleczna,
pełna ptasiego wrzenia.
pod jego wpływem świt rozbije szyby.

spytasz - czyim okiem jest okno,
zasłonięte dymem zegarów,
i kto za kim stoi, przytulając twarz
do czułego miejsca między łopatkami.
to nasłuch pierwszych godzin,
kiedy oddech rwie się na strzępy.

we wrześniu z ptaków pozostaną pióra.
resztę wycisną wprost do szkolnych ławek,
a my będziemy patrzeć, jak żar wznosi
smukłą  konstrukcję z osmalonych dzwonków.
przepłyniemy pod nią, nim stępią się dłuta
na ostrych krawędziach liter.  



wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozpocznij od początku... a później czytaj, póki nie dotrzesz do końca: wtedy przestań czytać



Wiersz zaplanowany jako zakończenie kolejnego tomiku. 


Potrzask/zatrzask


zamknij się, zatrzaśnij! – żegna mnie Alicja.
- jeśli aż tu dotarłeś, to prawdziwy koniec
kolejnej opowieści. przeszedłeś przez lustro
i teraz przeczuwasz, że każde odbicie zabiera
cząstkę odbitego, tak jak fraza wiersza 
pomniejsza wagę słowa o kolejne gramy,
a gdy nas nazywają, miast rosnąć – karlejemy,
miast tyć - tracimy wyporność i brakuje wody,
której moglibyśmy się wyprzeć z nieczystym sumieniem.

umywam ręce. to podobno na chwilę pomaga.

potem kropka zgasi resztę. przemówi biel.



środa, 31 lipca 2013

Lody dla ochłody. Wiersz zawiera lokowanie produktu.

Letnich wykopków archeologiczno-poetyckich cd. Tak stary, że aż strach. Wziął się od byka ortograficznego strzelonego przez jednego z bejowych grafomanów. Słowo tak mi się wtedy spodobało, że powstał wiersz.


Uwieżymy



uwieżymy słodkie bryły katedr
gotykiem, który skręca się – nie strzela
– z łuków napiętych niknącym ciężarem,
pozostawiając gdzieś na podniebieniu
rozkosznie zimną kropelkę słodyczy.
mmm – powiesz – kiedy szybko obliżę
twoje palce (zanim cofniesz rękę).

po uwieżeniu przyjdzie pora na rozety
na kratownice chrupkich, lekkich wafli,
co od wilgoci nieporęcznie miękną,
lecz prześwietlone ostrym światłem słońca
jaśnieją brązem, udając piaskowce.
kiedy wnętrze skapnie i do reszty spłynie,
szepniesz zalotnie w ucho – karpidżjani.

środa, 17 lipca 2013

Bez obaw, zbawiciel jeszcze długo nie nadejdzie - nowa recenzja "Karmageddonu"





Fragment

"Podlipniak nadal tak naprawdę niczego nam nie „mówi”, pozostawia jedynie sczerniałą mapę, czego skutkiem jest błądzenie w ciemności. Poeta jest jednak sprytny, podrzuca co jakiś czas wskazówki:
Czasem nazwij mnie. Może moje imię
z łaskawych krain o łagodnych zimach
ułoży się do snu. Diabeł tkwi w szczegółach.
(„Niepamięć”)
Tak naprawdę w szczegółach tkwi Podlipniak, w kruchych tropach podrzucanych mimochodem, w subtelnej grze znaczeń i słów. W nawiązaniach i konotacjach. W wiem teraz, jak dotknąć, aby nie bolało („Łasko, łasa łasiczko”), a jednak nadal boli, a jednak oznacza stratę czasu, smakuje gorzko. To, co w tych wierszach jest subtelne, nosi znamiona uczucia, empatii, to, na co czytelnik „łapie się” przy kolejnych wierszach, rozwiewa się jak dym (mgła) przy „Elegii dla misiz robinson”:
gdzie są ci chłopcy o ciałach z denimu
(i członkach twardych jak blaszane ćwieki) […]
gdzie są dżinsowi mali adonisi,
z mlekiem pod nosem i pyszna powagą […]
gdzie są pocieszne małpki z marcepanu
prężące mięśnie ramion i pośladków […]
gdzie łatwopalne papierowe cienie,
sekrety skryte w ciemnych gardłach komód,
czy warte słowa? czy dżizas je kocha
i trzyma miejsce dla pani u siebie?
Kolokwialnie rzecz ujmując: cały nastrój szlag trafił i to też jest bardzo charakterystyczny zabieg u Pawła Podlipniaka, „zrobić” klimat i nagle w środek tych wszystkich cudowności wrzucić granat, rozwalić scenerię, zmusić czytelnika do zmiany percepcji. Przenieść środek ciężkości."



RECENZJA ===> TU KLIKAĆ



piątek, 12 lipca 2013

Robaki, ser, anioły

Coś z głębokiego gardła mojego archiwum (ach jaka ładna dopełniaczówka wyszła).  Mam do wiersza, który jest pod zdjęciem, na dole postu, duży sentyment. Jest napisany o prostaczku i po "prostacku". Ot, taka jedność formy i ...    

Przypis:
Takimi oto słowami szesnastowieczny młynarz z Friuli, Domenico Scandella, zwany Menocchiem, opowiadał przesłuchującemu go inkwizytorowi o swoich przekonaniach, opowiadał z dumą, swadą i swobodą, argumentując inteligentnie i sprawnie, odwołując się wielokrotnie do słowa pisanego, zadziwiając nie tylko przesłuchujących go członków Inkwizycji:
„Powiedziałem, że zgodnie z moim przekonaniem i wiarą wszystko było chaosem, czyli ziemia, powietrze, woda i ogień razem pomieszane; i to wszystko stanowiło jedną masę, tak właśnie jak wyrabia się ser z mleka, i w niej powstały robaki, były to anioły; […] a wśród tych aniołów był także i Bóg”




Robaki i ser


Nic się z niczego wziąć nie może
Bez skutku żadna jest przyczyna
(Ani nauka z pustej głowy)
Chleb nie wyrośnie bez zaczynu

Ciekawi mnie co pierwszym słowem
Ile żywiołów jest w eterze?
Czy Bóg w chaosie jest chaosem?
Czy anioł jest robakiem w serze?

To ja - Menokio, młynarz, mówię
Wiem, że rozumu jasność wolę
Prawda, jak chleb, ma swoją cenę
A każdy człowiek jest aniołem

Już po mnie idą, słychać kroki,
Wnet będę miał z płomieni łoże
Lecz szepnę, zanim zamknę oczy:

„Nic się z niczego wziąć nie może” 

środa, 10 lipca 2013

Recenzja "Karmageddonu" w najnowszym "Toposie"

W najnowszym numerze "Toposu" 3[130]/2013 w.170 ukazała się recenzja "Karmageddonu" autorstwa Piotra Wiktora Lorkowskiego.

Piotr W. Lorkowski m.in. pisze:
"Dosyć długo uczyłem się języka wierszy Podlipniaka. Ich specyficznej sennej składni, gramatyki zuchwałych metafor. Sporo czasu zajęło mi dostojnienie się do jej rytmów, co są często rytmami złamanych, rozsypujących się lub luźno związanych strof. Jakby wszystko tutaj nie godziło się na swój przyrodzony -albo chwilowo przybrany - kształt i czuło się zmuszone szukać dla siebie nowej formy, pozostawiając ślad, którym podąża wyobraźnia czytającego. Kuszona, zwodzona, zaskakiwana dynamiką przemian (por. wiersz Omer). Idąc onirycznym tropem, trafiamy w sam środek utopii; oblepiają nas koszmary. Poeta chętniej eksploruje je niż zaklina (zob.: Annus horribilis, 7.36 PM). Wizyjność otwiera przed nami całą grozę obnażonego istnienia, najlepiej widoczną na tle leśnych śniegów, gdzie „śmierć, blady koń, ma kopyta/ owinięte w atłas. Stąpa cicho i uważnie,/ obwąchuje ślady po nieprzebranych za nic dniach,/ nocach oraz innych próbach ucieczki./ Potem zgniata puste listy oparte o szklanki." (Zimnik). Drugą składową światoobrazu Podlipniakowych wierszy jest gwałt. Przemoc, przedstawiona jako dominanta dziejów. Spektakl zgłady rozgrywa się tutaj w doborowej obsadzie alianckich lotników z bombowego dywizjonu (Ave Lancastria gratia plena!) oraz obsługi działek przeciwlotniczych {Karmel. Eau de Getsemani). Czasem batalistyczne widowisko przechodzi w frenetyczną liturgię. Jeden z jej uczestników wyznaje: „Nasi bogowie noszą poplamione szaty,/ mieszają w misach napalm. W miedzianych ustach/ gotują dla nas ostateczne rozwiązania. Wypluli letnich,/ wciągnęli gorących, reszta przepadnie w milczeniu." (Nieśmiertelnik z Minotaurem). Ocaleje z niej tylko ten, kto o każdej porze potrafił ominąć miejsca niebezpieczne. Bo przecież „śmierć to miejsce, nie czas" (A teraz ułóż mnie do snu [wiktoriańska galeria pośmiertna]). Przetrwa właściwie tylko po to, aby złożyć raport z ryzykownych ekspedycji; zdać sprawę z bolesnych metamorfoz (Utomlonnyje solncem II) lub tęsknot za pozostawioną daleko intymnością (Iskrzy bliżej skóry). Takie właśnie tęsknoty pozwalają czytelnikowi stanąć blisko lirycznego "ja", dotąd chętnie osłaniającego się liczbą mnogą. „Ja" - konfesyjnego, melancholijnie czułego w erotycznym zachwycie (Łasko, łasa łasiczko) albo wzruszającego, gdy przywoła bezradne matczyne umieranie (Faberze 4.ość). Karmageddon stanowi także wyraz zainteresowania, nawet fascynacji, kulturą anglosaską; recepcji przetwarzającej wątki popkulturowe z jej sztubackimi fantazmatami (Elegia dla misiz robinson), ale przede wszystkim - ukierunkowanej na dialog z wierszami Anne Sexton (M.Street; M. Street II). Emocjonalna temperatura tego dialogu nasuwa pytanie: czy nazwiskiem poetki nie nazwał Podlipniak animy, żeńskiego pierwiastka swej lirycznej persony uwięzionej, pośród znikliwych archetypów (Annopol) pomiędzy ciemnością a ciemnością. Pewnie dlatego te wiersze, pełne agresywnie rozpędzonych obrazów, do ostatka bronią swojej tajemnicy. Tanio skóry nie sprzedadzą."

poniedziałek, 8 lipca 2013

Wiersze z "Trzosu"

Poniżej dwa wiersze drugomiejscowe z II OKP "O Trzos Króla Eryka". Finał był pod koniec maja, ale jakoś zaspałem z ich publikacją na blogu. Miłej lektury.






Poganiacze pereł



Ich krew wciąż płonie w moich żyłach - wracali zawiani 

i owiani zapachem kolumbijskiej kawy oraz najlepszej whisky

Dawid Majer Sztormy



Podróż nas zmniejsza, chłopcze, do rozmiarów szpilki
wbitej w zetlałą mapę. Palec sprawnie dąży
w nieznane wcześniej miejsca. Tam koczują starcy
o startych przez czas twarzach. Pijąc tanie wina,
przywołują wyprawy na inne półkule
pełne pikantnych kobiet i nieznanych smaków.

Caravaggio ich zebrał, włożył w dłonie noże
i kazał kreślić szlaki wędrówek donikąd
na skórze przeciwników – więc stoją po bramach,
czatują na przechodniów, lecz ostrza stępiały,
a ręce drżą bezwiednie, otwierając nową
butelkę wygładzacza niefortunnych wspomnień.

Ten dopełniacz powinien mieć uzasadnienie,
jakiś cel, kiedy pchają wypełnione złomem
rydwany aż do punktu, w którym ktoś wyceni
życie, jak kawał drutu albo bęben pralki,
zanim uwierzą w hasło brzemiona swe noście

nigdy przeciw drugiemu, pierwszy rzuci kamień.



Huśtawki [remix/redux]



jeszcze się nie spisałeś, jeszcze niesiesz wiersze,
niby wyżeł przemokły gdzieś na polowaniu,
zanim cię dotknie życie (śmiertelnym dotykiem),
zanim spod palców umknie ostatnia podpórka.

obok są obce ciała, niepokrewne ciepłem,
mają swoje miłości i godowe pieśni.
nie rymują się prawie z żadnym dobrym słowem.
po prostu przemijają wraz z porami roku.                                                                                                              

brakuje ci pewności, że cokolwiek niesiesz
zasługuje choćby na notkę lub przypis
mniej zdawkowy niż ukłon znajomych z młodości,
którzy się nie przyznają do ciebie po zmierzchu.

zachód napełnia szyby ostatnim rozbłyskiem.
znów będziesz miał dla siebie cały święty spokój,
nim życie cię porzuci w oknie jak dzieciaka
trzymającego mocno lizak w kształcie serca.