Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


środa, 30 listopada 2016

Nadchodzi "Herzlich Endlösen"

Wygrałem Ratonia więc będzie w nowym roku nowy , czwarty już, tomik.
Kolejny wiersz do niego.















Trąd


miasto się nie domyka, jak pies w innym wierszu,
i zaczyna roztapiać. wszędzie widać słońce
podgryzające zieleń, tak naiwnie młodą,
więc tylko rejestruję – blask i zimną ciszę
po pierwszym wybuchu, a może ostatnim,
bo często nie odróżniam końca od początku.

rosną plamy na słońcu, słońce niby plama
rozpływa się w kolorze niezapominajek,
a to świetnie oddaje stan, gdy nie pamiętam
po co właściwie jestem (albo lepiej: bywam)
we wnętrzu mego życia, banalnie zgubiony
bibelot pełen wspomnień o wczorajszej tobie.

pies szarpie się na wersie zbyt luźno puszczonym,
a jasny mrok wypełnia nagrzane ulice
poplamione czymś lepkim, ponocnie wstydliwym.
po cichu, bez eksplozji rośnie liczba ofiar
niewywołanej wojny różnopłciowych cieni
i kwitną tkanki serca w upuszczonej hostii.
------------------

wtorek, 8 listopada 2016

My cup runneth over like blood from a stone

Kolejny zaległy po konkursie im. Bąka



















Więc [ocalony]

R.

mam czterdzieści kilka lat ocalałem prowadzony na Rzecz
pospolitą więc całkiem bezsensu jest mówić o występku
czy przyzwoitości pachnie to demagogią albo bardziej wonną
odmianą poloświństwa więc mam już czterdzieści kilka lat
ocalałem prowadzony rzecz bóg wie czego lenistwa
bezmyślności moja wielka wina beż żadnej różnicy
różewicy czy innej popularnej bzdury w rodzaju prawdy
smętnie objawionej tak ludzko brzydkiej więc żyję kaleko
daleko i dalej ocalony ze strachem że mi zwrócą wzrok

-----------------

czwartek, 20 października 2016

Jesień - to boli !














Au rebours

Wnoszą piasek na butach, śmiech i tulipany.
Swoje cyrkle, liczydła, komputery. Z giełdy
papiery wartościowe. Mapy, tajne plany
Anna Piwkowska Co przynoszą mężczyźni?

mężczyźni nic nie wnoszą i są do przeżycia
- najłatwiej i najprościej, nie karmi ich ziemia,
oni ją sycą ciałem, kiedy braknie ducha
i nie ma gdzie uciekać, bo świat tak osacza,
że niemożliwa żadna daleka wyprawa,
a zardzewiałe doki są jak łona matek,
co nie spuszczają dzieci poza zasięg oka,
więc tylko śnią o łodziach ze smoczymi łbami
i smołowanych deskach, na których się sypia
z kłębkiem płaszcza pod głową w nadziei na łupy,
a potem strach ich goni wprost po młodsze ciała,
nim pokruszone światło w proch ich nie obróci,
w przygarść mdławej przyprawy, za którą kobiety
nawet się nie obejrzą na skraju zakupów,
prań, prasowań, pakowań przed wyjazdem dzieci
na dalekie wycieczki, a potem już cisza
tnie ich, niby golarka posiwiały zarost,
i usadza w fotelach, w bezpiecznym półmroku.

nawet w znajomych lustrach nie ma na co patrzeć,
więc lepiej się pochować, gdy się nie dopełni
żadna męska herezja w świecie damskich pragnień.   

piątek, 14 października 2016

I don't care how many letters they sent. Morning came and morning went.

Kolejny pokonkursowy. I filmik do tego, a na koniec coś noblowskiego :)






Część głowy 5. Kukułczy


a jeśli między nami cicho wstyd zalegnie,
to jakby nas nie było, nieistotne chwile,
niepotrzebne uczynki, nieuważne słowa,
bo nikt już nie pamięta, po co kogoś kocha
i czy kocha się wierniej od samego siebie,
a wierność brzmi tak pusto, jak w pustych pokojach
cisza się łasi do nóg byłych lokatorów
i tłucze o wypchane kałduny walizek,
gdy odchodzimy dokądś związani nadzieją,
że może jutro lepiej, najdalej, zapewne. 

jeśli się między nami cicho wstyd zalęgnie,
banalny i ponury, to przemożna siła
będzie nas odpychała najdalej od siebie
i zginie ślad ostatni po miejscu, gdzie słońce
wplatało się podstępnie w kosmyk twoich włosów
wytapiając miedziane odblaski, a potem
spływało mi po dłoniach, więc zaczynam drętwieć
na samą myśl o drodze, oddaleniu bardziej
dotkliwym od bliskości, głośniejszym od braku
jakiegokolwiek dźwięku, a potem odkładam

słuchawkę, przesuwając palcem po ekranie. 

--------------------
 I suplemencik noblowski - zgodnie z tytułem posta. 
__________


niedziela, 9 października 2016

Teoria wiersza bolskiego. Andrzej Wajda R.I.P

Wiersz z tomiku "Madafakafares" - tak mi dziś pasuje do wiadomości.






Teoria wiersza bolskiego [dopuk]


wieczny chłopiec w ciemnych okularach goni pociąg
jego życie się zaczyna tam gdzie kończy koło
bo przecież żyć będziemy szybko w celuloidzie
wśród kieliszków zapalonych chyba nie dla żartu
dopóki barman trzyma w górze śnieżnobiałą szmatę
i blat jest wciąż wilgotny śliski niby peron

wieczny chłopiec sfałszowany jak każda legenda
opowiadana w ciemnej sali przyduszonym szeptem
dopókimyżyjemy nim nam rzucą ręcznik i zszyją łuki brwiowe
po ostatnim ciosie a chłopcy się oderwą od piersi czy udek
koktajli mołotowa pitych duszkiem w bramach
tuż przed pierwszą przechadzką na ten five o’clock 

wieczny chłopiec rudy kronos czy antonim
nie opoka ani bestia nie skarlały książę
z różą w zębach pełznący przez cały mokotów
vis a vis na tygrysa na jeźdźca by wyliczać smętnie
imiona zapadniętych w studzienki ściekowe
pod trawy oślich łączek upasłe na kościach

wieczny chłopiec w ciemnych okularach gubi diament
wiersz się łamie rytm ucieka prószy popiół
w cztery oczy iskiereczka jeszcze mruga
na śmietniku zagrzebana w stare łachy
a kto z nami ten nie z nami nie wypije nie pobiegnie
nie ma dokąd już foreście nie ma po co

poniedziałek, 3 października 2016

Psalm na protest - czyli czarno to widzę

Protest. Jesień. Czarno. Trzeba uwolnić coś pokonkursowo z "Black Hole Sun" w tle.

 
























Psalm 231 prim

pasterzem moim jest strach. braknie mi niczego
i dlatego niepewnie wędruję przez ciemność
napuchniętą jak język (tego, co powiesił
się na polu kupionym za skrwawiony srebrnik)
i ciemność do mnie gada, ciemność mnie pociesza,
jest ziarnem rozrzuconym w skąpych bruzdach wiersza.

pasterką moją jest śmierć. pozwala mi leżeć
pomiędzy niewiastami, namaszcza olejkiem
moją głowę zerwaną do krótkiego biegu
w środku nocy, cicho, przez nagłą bezsenność,
kiedy cię nie ma obok, kiedy przypomina
się samonienawistne przed godziną wilka.

pasterzem moim jest ja. to mroczna dolina
z przepaloną żarówką. w centrum dogorywa
zwierzę tykane palcem, przepełnione bólem
z nieznanego powodu, i samo częstuje
się gorzką niepewnością – ona mnie prowadzi
po ziemi całkiem płaskiej, bez fałszywej łaski. 

--------------


środa, 14 września 2016

Skleroza internetu 2.0

Specjalnie odczekałem ponad miesiąc, by sprawdzić, jak pogoń za aktualnością i chwilowe zabawki przyspieszają zapominanie o ważnych osobach. Dwa lata temu, 11 sierpnia, zniknął Robin Williams.
O tym, jak genialnym aktorem-kameleonem był, świadczy  filmik z The Actors Studio, który umieszczam pod wierszem. polecam szczególnie fragment tak od 34 minuty.




Requiem dla Robina W. [kosmitą byłeś między nami]


I think you should be serious about what you do because this is it.
This is the only life you've got
Philip Seymour Hoffman

Śmiertelnie śmieszne filmy o poważnych sprawach
- to się musiało skończyć niewesoło, Robin.
I po co to zrobiłeś? Teraz  będą mówić,
że stchórzyłeś przed życiem, uciekając w miejsce,
gdzie nikt normalny nie chce trafić przed swym czasem.

Lecz jaki czas jest dobry, kiedy spędzasz życie   
na zabawianiu innych? Potem wciąż brakuje
pogody dla nas samych przy zgaszonym świetle
na pustym planie filmu „Życie jako skutek
niewybrednych dowcipów przenoszonych płciowo”.

Czy można lepiej przerwać taki senny stand-up?
Bezboleśniej i czulej? Przecież brak powietrza
nie może ograniczać nieodzownych kroków,
a stetryczały smutek spali nasze żarty,
podpowiadając widzom puenty – aż do tej ostatniej.

Zbyt dobrze cię rozumiem. Mieszkam w takim kraju,
gdzie na ołtarze pchają tromtadracki patos,
oraz ponurą dumę z własnego cierpienia
za grzechy świata tego, więc dopóki mogę,   
wchodzę na blat i milczę – żegnam się z Wietnamem




 

czwartek, 8 września 2016

Północ jest w zasadzie do niczego

Ten wiersz jest stary, ma z 7 lat (ukazał się w "Aubade"), ale dziś brzmi dla mnie jak dezyderata, plan gry.





zawsze na południe

A teraz szybko na południe,
zwłaszcza gdy północ wyczerpała
już wszystkie zimne możliwości.
W kubku za wiele nie zostało
po słabym kwiatku z tamtej wiosny.

Żal jak paznokieć szybko schodzi
pod ziemię, w ciemność. Samo życie.
Na darowanie win skruszonych
w cierpkie drobinki - cały styczeń
(ułoży, jakoś się ułoży).

Ci , co zostali, mają trudniej
- do opróżnienia cała pamięć,
szafy z osieroconych ubrań.
Rozdam, co jeszcze nierozdane.
A potem szybko na południe.

piątek, 12 sierpnia 2016

A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni na niej jesteśmy sami. Ja i ty...











Jądro miałkości


Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe o świcie pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Paul Celan Fuga śmierci


mielemy kości trzeci dzień i już niewiele pozostało,
ot, na języku gorzki smak, mało znaczący biały nalot,
a nasze usta są jak młyn, a w nich nienawiść – młyński kamień,
który rozetrze wszystko w pył, nie zostawiając śladu prawie
po tym, co wpadło nam do ust, przez zaklejone woskiem uszy,
przemyślnie omijając mózg i naciskając niefortunnie,
na wzdęty balon, gdzie krew z krwi co chwila się z podłością brata,
słowem za słowo, bluzgiem w bluzg, przekleństwem za przekleństwo płacąc.

te boże młyny naszych warg, podniebień świństwem rozszczepionych
pracują skrzętnie dzień po dniu, gasząc nadziei słaby płomień,
że może jeszcze miejsce jest , gdzie można przed tym szybko uciec
zanim wzniesiemy chiński mur z wyspowiadanych gładko sumień,
który odgrodzi nas od nas w daremnej próbie oddalenia
momentu, kiedy pusty wrzask nasiąknie bielą i czerwienią
na widok rozdziawionych gąb i oczu przesłoniętych złością,     
bo zrozumiemy – cały czas mełliśmy nasze własne kości.

----------------------------

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Derby kraju, derby co dzień, gdzie czerń w tęczę, a tęcza w czerń






Część głowy 4 


A kiedy noc się nie pamięta, wcale, to jej nie było,
nie ma co wspominać, więc nagie ciało staje się banalne
jak pusty eter, a w nim zbędne fale i jakieś stań się,
albo i się nie stań, zostań, wygaśnij w późnym logowaniu
z za prostym hasłem, w którym resztki światła zduszono siłą
na samiutkim wstępie księgi ludzkich o-błędów.

A kiedy noc się nie pamięta, palec zbliżony z palcem,
niewidoczna iskra, co nie oznacza już nawet początku
stworzenia życia, ani końca końców i banalnieje śmierć,
bo nie ma po co sobieumierać, nie ma i dla kogo  
z drobnego ściegu łapek, pogawronich fontów wyczytać
złej ewangelii spisanej na śniegu tuż przed odwilżą.

A kiedy noc się nie pamięta, dalej nie wiemy
czy wiosna się przyda jeszcze do czegoś, a może i komu,
kiedy w piosence brzmi nierozgarnięte
szkoda, że cię tu nie ma, które wredny tłumacz
wciąż mi zamienia na chciałbym byś była.
Takie zapomnienie jest gorsze od czegoś – brakuje mi słów.

A kiedy się nie pamięta? Utrata to rzeka,
co mi zabierze wszystko, nawet małe ja.
-------------------------

wtorek, 14 czerwca 2016

Jak mnie najgłupiej splagiatowano...

Wczoraj spotkał mnie najgłupszy plagiat świata. Odkryli go Mirek Nowicki i Paweł Biliński.
Dlaczego najgłupszy? Bo mój wiersz Aubade triste splagiatował jakaś kretynka i umieściła ze zmienionym tytułem na portalu, gdzie param się krytyka i dokopywaniem grafomanii.
Mirek - dzięki za screena. Pod screenem umieszczam wiersz, chyba najważniejszy dla mnie.
Sorry Mamo za  kretynkę Lilith :(





Aubade triste

Byłaś dziś rano mała, więc cię pokołyszę
w myślach, w mowie, w uczynkach i bez zaniedbania
za dni pachnące ciastem, przyszyte guziki,
za plastry przyklejane na zbitych kolanach.

Byłaś dziś rano lekka, więc mi uleciałaś
w przeszłość, w bajki, dzieciństwo i rozlałaś ciszę 
na dni, które nadejdą. Zamiast pożegnania.
Tyle mam w sobie krzyku, lecz nie mogę krzyczeć.

Byłaś dziś rano krucha, więc się rozsypałem,
na drobniutkie kawałki nie do poskładania.
Bez ciebie nie zapłaczę. Nie próbuję. Wcale.     
Smutek rozstań jest suchy. Ja zostałem. Mamo.


 

Mamie +5.01.2009

czwartek, 9 czerwca 2016

Trapped in myself body my holding cell

Tyle zaległych wierszy jeszcze :(





Część głowy 3


to trzecia naga zima. z tym krajem mnie łączy
tyle co los angeles z mroźnym archangielskiem
- pusta skorupa słowa, zbiór ledwie widocznych 
żyłek pod twoją skórą w odserdecznej ręce
i jeszcze nagły przestrach, że tracę uczucia,
które mi pozwalają powstać, więc zdrętwiały leżę
w szarym, brudnym poranku, a kołdra jak furtka
zamyka moje usta. tak, jest takie wnętrze
bez prawa opuszczenia, wyjścia na ulicę
(i może nawet lepiej, i rozsądniej, milczeć).

jest trzecia naga zima, chłodna jak twe usta
gdy wracasz ze spaceru, a na końcu smyczy
pomyka mały piesek, zamiast centaura,  
a ja uciekam z głowy w sposób niemożliwy,
bo każdy dźwięk się zbliża tuż przy końcu zdania
do progu zapomnienia, sam się wysłuchuje
nie mając nawet sensu. wolność pamiętana  
to jedynie złudzenie, elektryczny strumień
w podstarzałych komórkach – jedna wielka chwila,
niesprzeczny oksymoron ( tak jak ciepła zima).

taka jest trzecia podroż – do prawego brzegu
rzeki z pomostem wbitym wprost w bok mojej głowy,
gdzie pokój bezokienny, a w nim szybki wieczór
niedający się zgubić, bo nazbyt gwałtowny
epizod przypomina, że jeszcze są frazy, 
błagające o bliskość z niepodległym ciałem,
które nas ukrzyżują, przyszpilą bezradnych
do mapy z cudzej wojny od dawna przegranej 
bez jednego wystrzału. pozostanie tylko
miejsce w klatce po dzwonie, co sam ogłuchł bijąc

patos na miałki proszek. po stronie ujemnej
wpisuję jako ditto: dobrze, że beze mnie.     


poniedziałek, 30 maja 2016

The unread book and painful look the tv's on, the sound is down
















Wszystko na sprzedaż


Dzień znowu się zaczyna – będzie tylko szarzej,
a chciałbym dziś napisać piękny wiersz o tobie
i wszystkich jasnych miejscach, które w głębi nosisz,
lecz to dopiero styczeń i niebo mętnieje  
jak słoik pełen dymu po zgaszonej świecy.

Nie wiem, kto ją zapalił i nie wiem dla kogo,
choć czuję, że nas mija ciekawa historia
opowiadana szeptem w pomroczniałych kątach,
gdzie brak światła ułatwiać ma bliskie spotkania
z naszym gorzkim bagażem – czterdziestką na karku.

To jest w trailerze filmu lub może koszmaru,
kiedy wszystko ucieka blisko coraz bliżej
oddalając nas złudnie i wtedy się budzę
ciągle śniąc o podróży, a z paska plecaka 
zwisa poobijany metalowy kubek,

i zrywam się do biegu na pustym peronie,
i skaczę prosto pomiędzy płynące wagony.

piątek, 29 kwietnia 2016

You got a fast car, I want a ticket to anywhere













Kannibal Lecter

Potem jedno z nas krzyknie:
„Ja pragnę rozpaczliwiej!” i będę
jeść cię wolno wśród pocałunków
Anne Sexton Kochając zabójcę


ciemność,
którą się ocieramy, można przecież zważyć,
wymierzyć i podzielić, koniecznie na dwoje,
a potem wrzucić w studnię wypełnioną ciałem
syjamskim aż do bólu zaplecionych kończyn
w rytmie tutaj i teraz, jakby już nie było
niczego i wszystkiego, żadnych uogólnień.

kiedy tak mnie naciskasz, trzeszczę jak lód, krucho,
pobielały ze strachu, że się nie powtórzy
sytość ukryta w mroku, twoje nagie widmo,
a po nim nagła cisza – konieczna zapadnia 
przed uderzeniem pięści, kiedy ścielą stoły
do pierwszego posiłku i drobienia chleba.

milczenie się zazębia, zjada nas dyskretnie
opartych niby karty w pokerowym domku,
gdzie blef jest fundamentem wiary w nowe jeszcze,
podwójnie odmieniane przez wszelkie przypadki,
w rytmie tutaj i teraz, choćby już nie było
koniecznych uogólnień, po nich stawiasz kropkę
– ciemność .

czwartek, 21 kwietnia 2016

Jeszcze w zielone gramy



Zaległy, kolejny.

















Trzy


pierwsze piwo tej wiosny wybucha zielenią.
pierwsze, lecz nie ostatnie, to stworzenie świata
na nowo i bez granic określonych w pismach
z  ambicjami świętości, więc pójdźmy się smażyć
- w końcu jest zamiast piekła podniesione słońce
nad kocem w szkocką kratę, który opływają 
ławice sytych mleczy, stada koniczyny
w wędrówce wprost donikąd po pierwszym wybuchu
i dzień siódmy, stworzony, żeby mógł odpocząć,
kto jeszcze nie odpoczął lub nie znalazł miejsca
przed nadejściem betonu, zanim się wykręci
spod naszych stóp żarówka nazywana ziemią,
zgasła i okopcona przez nerwowe spięcia,
a ja cię kocham wiosną, jak w przebrzmiałym wierszu
z całkiem innego świata, przedwojennych kronik
wypadków z ostrym sercem, które łatwo przetnie
nawet szkło na butelce, gdy wybucha piwo
i coś się w nas rozleje (do trzech razy sztuka).   

------------------------------------------
----------------

środa, 20 kwietnia 2016

You don't give me love. You gave me pale shelter.

Kolejny zaległy.




W drodze powrotnej zdrętwiały nam twarze


mówisz: coś trzeba poświęcić, dopuszczalne straty,
w życiu tak jak na wojnie wybieramy strony
– wrogie albo  przyjazne nie wiadomo komu,
choć i tak odchodzimy pozapominani, pomarszczeni
niby stare jabłka wrzucone do drewnianych skrzynek
– ot, na chybił trafił.

a ja cię oddalam od czegokogoś ważnego,
i trzeba mnie poświęcić, baranku, baranku,
dla dobra nad dobrami, wiec przestaję śpiewać,
bo wreszcie zrozumiałem - we wstecznym lusterku   
moja śmierć będzie zawsze miała twoje oczy.

------------------

piątek, 25 marca 2016

Czwartek z popielnika [M.I.A] - wiersze na Wielkanoc cz. 9

Ministry - Jesus Built My Hotrod (Video Version)





Czwartek z popielnika [M.I.A]

Because I do not hope to turn again
Because I do not hope
Because I do not hope to turn
T.S. Eliot Ash Wednesday

I
ponieważ nie mam zamiaru powracać
ponieważ nie wracam
ponieważ nie powrócę w sposób zamierzony
nie w moich rękach łaska
nie w moich nadzieja
kto inny trzyma klucze i pogasi światła
odmówi pacierz za nieobudzonych
na czas zbyt krótki by przesiąkli nudą

ponieważ nie chcę wiedzieć
i nawet nie szukam
odpowiedzi na żadne z niezadanych pytań
ponieważ nie wiem czego właśnie nie wiem
to tylko ufam że się mijam z celem
i jakiś miałem na samym początku
kiedy zerwany ze snu lądowałem z krzykiem
na suchym brzegu poza moją matką 

i jeśli głos mam czasem zadziornie za głośny
ze strachu że się zdarzę jeden raz za dużo
to będę milczał aby nie pamiętać
by się nie przejąć wyciekaniem życia
z każdym oddechem świtem czy godziną
bo po nich sąd się zbierze i srogo ukarze
za niedotarcie we właściwe miejsce  
na pusty peron zapomnianej stacji

i niech się nikt nie modli za mnie teraz i w godzinę
i niech się nie nikt modli za nie swoje grzechy

II
trzy czwarte życia – jak wzór na posadzce
w białe lamparty – lekko już wyblakły
a każdy fragment układanki błaga
o renowację albo choćby dotyk
włosia już dawno wyliniałej szczotki
w paninej ręce bo przecież dziewicza 
czystość gwarantem źle przespanych nocy
w których ożywa jeden fragment z kości
a w myślach mowie ale bez uczynku
przecudna krzyczy daj mi daj mi jeszcze
donner und blitzen fik miś fik miś fik miś
w białej sukience na weselnych stołach
pomiędzy tortem i pierwszym rosołem
wszystko na opak lecz z przewrotnym sensem
a potem panna och dziewica matka     
puchnie przez dziewięć przez dziewięć się mnoży
a gdy nadejdzie ostatnia godzina
raz pierwszy w ciszy – po wiatyku – tyje

i tylko czuje gorzki strach nad ranem
że to co wyda będzie roztrwonione
a pierworodny każe nazywać się zbawcą

III
widok ze schodów jest jak wywyższenie
tania parodia wniebowzięcia pełna
obaw o puentę bo zamiast paruzji
na śliskich stopniach czai się upadek
którego nie złagodzi nawet rym z rekinem
i ciemnością w języku szoła á szekspira
czy zgrabna zmiana rytmu która łatwo zmyli
mniej wprawne ucho widza nieboskich komedii
sensem jest rozpacz
ona bierze wszystko atu i blotkę
wysoką czy niską bez licytacji
bo nie ma przetargu
na nowe przyjście
sensem jest nadzieja
która nas okrada z resztek rozumu
dając głupie rady zamiast rozwiązań
i każe powtarzać bezduszne mantry

nie jestem godzien
nie jestem godzien
                     ale powiedz tylko słowo
                     nim padnie nam zasięg

IV
baranek zaległ znowu na szerokiej drodze
z pękiem fiołków w pysku na trzy dni nie więcej
pod czujnym okiem kamer które od zła strzegą 
zjadaczy chleba z masłem wierzących w znaczenie
oglądalności boskiej i ludzkich sondaży
umiera wtedy kiedy nikt nie patrzy
nikt nie kupuje prochów na potencję
biegunkę kaca i kremów na zmarszczki
umiera kiedy nie oglądasz świata
jaki ci wciska spec od marketingu
a jego imię nosi każdy pocisk
i palec którym zręcznie zmieniasz kanał 

błogosławieni którzy nie widzieli
 i nie nabyli
oni z nim ułożą
ramówkę pełną samych dobrych nowin 


V
nic nie zmieni świata nawet jeśli wróci
nawet jeśli zmieni swoje pierwsze słowo
bo już utraciło sens pierwotną siłę
możemy więc powtarzać załamując ręce
panie nasz panie cóżeś nam uczynił
panie nasz panie co ci zrobiliśmy
a w odpowiedzi wraca tylko fraza
sovegna vos gdy rozum zawodzi
i nic nie widać w mroku gdzie rodzi się piekło

ponieważ nie mam zamiaru powracać
ponieważ nie wracam
ponieważ nie powrócę w sposób zamierzony
ponieważ nie będzie już do czego wracać
pomiędzy zyskiem nadzieją i stratą
i jeśli głos mam czasem zadziornie za głośny
to nie od krzyku bo ostatnie słowo
ma tylko cisza która następuje 
jak słoń na grzbiety dźwiękom
gnając je na koniec
szczelnej komory wypełnionej gazem 

a teraz słowo niech wraca skąd przyszło
z niewielką adnotacją adresat nieznany 

Dżizas - wiersze na Wielkanoc cz. 8






Dżizas


Wiesz. Ty i ja jesteśmy jak ranne jesiotry
albo zorze. Wydłubią nam z wnętrza to wszystko,
co najlepsze - blask pełni, miękkość nowiu, tkanek.
W mojej kieszeni lista rozstrzelanych godzin,
szkic mowy pogrzebowej (ledwie kilka haseł).
Wiatr gniewnie wzdyma biały obrus po agape.

Z tego ogrodu można wyjść tylko raz. Powrót
znamy tylko z obietnic, zasłyszanych plotek.
Good News - trzydniówka, Bad News  - zostaną okruchy.
Trzeba będzie posprzątać w głowach przed odejściem.
Ktoś nowy wprowadzi się do naszego domu
i zasłoni czymkolwiek nikły ślad na ścianie

po kawałku drewna.

Ci, którzy powracają - wiersze na Wielkanoc cz.7









Ci, którzy powracają


Tej wiosny ziemia znów wyrzuci z siebie
gładkie wydmuszki czaszek - ślady uczty
na cześć minionych bogów i zwiędłych lat.
Oni wracają - idzie szybkim szeptem,
tłumek gęstnieje, głośno puchnie strachem,
że znów odbiorą luźne spadki, chwile,
gdy ciemność brała w objęcia, a potem
rzeki jak zimne kołyski nuciły
hej święty, święty, święty. Z każdą falą.

Tej wiosny ziemia znów wyrzuci z siebie
kosmate stada trzmieli. Pojawią się
bazie i pierwsze żółte sny o miodzie.
A gdy sięgnie ust, słodko zatoniemy.

Pan. Tuum est Regnum - wiersze na Wielkanoc cz. 6






Pan. Tuum est Regnum


Dżej-Si się niecierpliwi, więc biegniemy za nim 
odciskać stopy w wodzie i twarze na chustach.
Udajemy twardzieli, lecz tuż pod powierzchnią,
noc toczy, jak kołatek, zostawiając próchno.

Odciskać stopy w wodzie i twarze na chustach
może tylko szaleniec, który żyje chwilą.
Noc toczy, jak kołatek, zostawiając próchno
– ten ułomny negatyw przekornej zieleni.

Morze tylko szaleniec, który żyje chwilą,
nazwie siedliskiem ryby i szybko przesączy 
ten ułomny negatyw przekornej zieleni
pomiędzy stwardniałymi od hebla palcami.

Nazwie siedliskiem ryby i szybko przesączy,
a potem nagi pójdzie w dym pustyni, czując 
pomiędzy stwardniałymi od hebla palcami
piasek gorący bardziej niż pszenny podpłomyk.

A potem nagi pójdzie w dym pustyni, czując,
że życie nie dorasta nigdy nawet do pięt.
Piasek gorący bardziej niż podpłomyk
słodszy się wtedy wyda od łyżeczki miodu. 

Że życie nie dorasta nigdy nawet do pięt,
łaskocze w nozdrza, zmusza wariatów do tańca, 
słodsze się wtedy wyda od łyżeczki miodu  
– narzeka stary Józef przed kolejną paschą.  

Łaskocze w nozdrza, zmusza wariatów do tańca, 
udajemy twardzieli, lecz tuż pod powierzchnią
narzeka stary Józef przed kolejną paschą.  
Dżej-Si się niecierpliwi, więc biegniemy za nim.

Piéta [trzymanie syna wg George Szirtesa] - wiersze na Wielkanoc cz. 5







Piéta [trzymanie syna wg George Szirtesa]

Pomiędzy nimi nie ma już niczego. Małpa
Niańczy nieżywe dziecko, jakby żyło jeszcze,
Czule kołysze drętwy, futrzany kształt w łapach
George Szirtes Martwe dzieci (według Canettiego)


Matka zasypia cicho i nie czuje wcale,
że syn jej przecieka pomiędzy palcami
gdzieś tam na dół, do nieba. Ciało, które trzyma
w objęciach, nie ma sensu i tylko przeszkadza
narratorom tworzącym nowe przykazania.

Jej zostało najpierwsze: dbać o swoje młode,
mocno tulić do piersi, wykarmić, a kiedy
odejdzie z gorliwymi, czekać na wiadomość
z miasteczka wszystkich świętych. Teraz mocniej ściska
w ramionach resztki syna, odpędzając muchy.
   
Podświadomie rozumie surowy obyczaj:  
oddać bogu co boskie i nie wchodzić w drogę
fanom czy fanatykom, którzy wielbią popiół,
zwłaszcza sypany z makiem na głowy niewinnych
– można je potem zrzynać nad brzegami ulic.

Matka budzi się nagle, chyba przeczuwając
ile w tym przedstawieniu zmieni trzeci ranek,
jak bardzo jednostronne powstaje równanie,
jeśli na miejsce syna podstawi dwie linie
skrzyżowane poprzecznie, a wtedy jest pewna,
  
że nie ma już niczego i nie ma pomiędzy.

Przedkurek - wiersze na Wielkanoc cz.4






Przedkurek
 

jezus przykłada do rany zjaraną zapałkę,
bo przecież bólu nie ma ani zmartwychwstania,
jest tylko jedno miejsce pod przegniłym słońcem
zasłonięte przezornie kawałkiem piaskowca.

najlepszy kawałek podróży jest jeszcze przed świtem,
zanim posną pochlebcy i czwartkowi zdrajcy,
zbawiciel może wtedy słuchać, jak szepcze w ciemnościach
pustynny diabeł zwabiony zapachem rozkładu.

szeleści w słowach smutek i szemrzą pytania,
za co przyszło umierać, czy łatwo nadstawić
drugi bok pod palce słusznych niedowiarków,
gdy twarz pozostała na lnianych gałganach.

w tle czai się bezsens, niejasne przeczucie,
że tylko przelał w puste z opróżnionych wiader,
jak na wiejskim weselu, gdzie pijani goście 
na cześć fundatora chętnie wzniosą toast

­– po której stronie by nie siadł, będzie pochwalony

A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę - wiersze na Wielkanoc cz. 3






A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę

I
A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę.
Tłum zgęstniał napowietrznie, straże dzielą ścieżki,
spychając ciała gapiów przesiąknięte potem
(patrz: zaraz tutaj przyjdzie, potem będą nieśli

stipes, bo dla skazańca jest trochę przyciężki),
przekupnie przekrzykują gwar „tu słodkie figi,
winogrona, daktyle, siekane orzeszki”
obok znowu dzieciarnia raźno kręci frygi,

podpłomyki się pieką, palenisko dymi,
kot przemyka w cień chłodny posuwistym krokiem,
skwar, handlarz drobiu pluje pestką z dyni
w koguta, który w klatce dopadł właśnie kwokę

(„jajek z tego nie będzie, nie na harce pora”),
w słońcu mętnieją łuski ryb prosto z jeziora.

II
W słońcu mętnieją łuski ryb prosto z jeziora,
karpie, wyborne sumy i świeżutkie brzany,
szarpie ostro postronkiem wychudzona koza
– „weź to bydlę, bo zaraz przewróci stragany”

krzyczy handlarz, za chwilę lecą z trzaskiem dzbany
i kosze pełne ozdób, tkanin zwiewnych bele,
rzemyki od sandałów i perskie dywany
– towar za tysiąc szekli na ziemi się ściele,

już złapali za kije, krew się w żyłach grzeje
krzyk w gardłach rośnie dźwiękiem lekko przykurzonym,
padły pierwsze przekleństwa, rzucono kamienie,
gdy miedzianym jękiem wszystko przytłoczyły trąby.

Tłum na kordon napiera, trzeszczą w ścisku żebra
skazaniec wraz z asystą w podróż się wybiera.

III
Skazaniec wraz z asystą w podróż się wybiera
(czy jest chociaż przystojny, powiedz, czy go widzisz
– ciekawska z tyłu tłumu głośno się wydziera),
wszyscy chcą bliżej, tłoczniej, nikt już się nie wstydzi,

pchają, jęczą i suną, jakby wzięci w tryby
zapachu krwi, amoku, niewzruszony wcale
odbija ludzką falę straży kordon sztywny,
konwój w ostatnią drogę przesuwa się dalej.

Już ci o słabszych łokciach gdzieś z tyłu zostali,
złodzieje umykają, niosąc pełne mieszki
w zupełnym rozgardiaszu sprawnie urzezane,
pobity handlarz zbiera z ziemi garnków resztki

(zgięty za brzuch się trzyma, zanosząc się szlochem).
A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę.