Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


piątek, 21 listopada 2014

Ości zostały rzucone - czyli nowy tomik na maszynach

Za kilka dni w moim ręku. Nic dodać, nic ująć.
Szczególne podziękowania dla Radka Kobierskiego, Olgerda Dziechciarza, Mariusza Dańskiego, Haliny Bogusz, Ani Spólnej.




wtorek, 18 listopada 2014

Hide my head, I wanna drown my sorrow

Drugie podejście. Może teraz publikacja się przyjmie. Zwłaszcza po konkursie im. Herberta.


























Część głowy


Brodskiemu

I
nie, nie dostaję świra – po prostu zmęczyła mnie zima 
i inne pory roku, i dni z pustym krzesłem
odstawionym przebiegle na środek pokoju,
jakby coś miało zwisnąć zamiast klosza lampy,
świecąc zmarniałym blaskiem. telewizor śnieży
(chyba znów kablówka zmienia kolejność kanałów,
których i tak nie ma komu oglądać), więc zaczynam pisać
o sobie, a to niedobry omen – słowo się wywłaszcza
z pierwotnego rytmu, tracąc sens niby dotknięcie miejsca
po osobie, sucha notka w gazecie, że się kiedyś żyło
i wszystko zbytnio boli, dzieje się za szybko.

II
każdy umiera samotnie – ja wewnątrz mej głowy,
bo więcej nic nie ma, nie ma gdzie i nigdzie.
taki mały neverland. tylko starzy chłopcy, wciąż
bardziej zagubieni pośród części mowy,
kontynentów pełnych rozgadanych kobiet,
drobiazgów o nieodgadnionym przeznaczeniu,
zakładają opaski, kryjąc jedno oko przed zbytnim
naświetleniem. potem podpalą okręty uwite z gazet,
bo ptak nie kala gniazda, ptak robi pod siebie, po sobie,
o sobie, sobiesław, zasada numer jeden: nigdy nie przerastać
swoich marzeń o głowę, nawet o pół głowy i za szybką.

III  
ptaki, jak czarne krople, spadają na pola. nie ma śniegu,
jest piasek – wypełnia ulice razem z solą. to smętna parodia
nadmorskiej plaży na pomarszczonej, wulkanicznej wyspie
z kanarkiem w nazwie archipelagu. taki archigułag
dla mojej pamięci, migawka najlepszych chwil życia,
gdy niespiesznie szliśmy po wylewce z bazaltu.
w dole był ocean i dopiero teraz słyszę wyraźnie,
że tarł o granice, których przekroczenie
nie daje ukojenia, a  jedynie zapisuje kolejne blizny.
nocą liczyliśmy ramiona bóstwa z indyjskiej mitologii,
obejmując się coraz mocniej i coraz boleśniej.

IV
nie, nie dostaję świra – po prostu zima tym razem ominęła zimę.
nie dostała zielonej karty, wizy, a może biletu na tanie linie lotnicze.
mamy sól i piasek, a to kiepski zestaw przypraw do życia,
zupy (wszystko jest do zupy – hydrolizat białkowy). zawsze chciałem użyć
tego terminu w wierszu i wers się wydłużył, niby cień w popołudnie
nad brzegiem jeziora charzykowskiego, przez mały akt prywaty,
ale przecież jestem całkiem prywatny wewnątrz mojej głowy,
aż do kresu rozsądku i całkiem bez sensu, bez odrobiny zimna.
jedyne co śnieży, to ogłupiały ekran, a wtedy kablówka
kończy reset kanałów – przez biel się przebija 
kadr z hiszpańskiego filmu: rosja i martwe konie wmarznięte w jezioro.

-------------------
All around me are familiar faces, 
Worn out places, worn out faces. 
Bright and early for their daily races, 
Going nowhere, going nowhere. 

Their tears are filling up their glasses, 
No expression, no expression. 
Hide my head, I wanna drown my sorrow, 
No tomorrow, no tomorrow. 

And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying are the best I've ever had. 
I find it hard to tell you, I find it hard to take
When people run in circles its a very, very
Mad world. 
Mad world. 
------------------

czwartek, 13 listopada 2014

But I'll miss you most of all, my darling, when autumn leaves start to fall


Po konkursie w Brzezinach






Drugie czytanie z Pawła [październik]



równaj się z ziemią – jesień do mnie mruczy
– jest w dole miejsce na zrzucone ciało
i na gaśnięcie, chociaż wokół świecą
ogniste liście i sypie się płomień
na nasze głowy, wyprzedzając popiół
o kilka kartek zdartych z kalendarza.

równaj się z ziemią? to jedyny poziom,
jaki utrzymam jeszcze w kilku wersach
przez złe miesiące opadania w wilgoć,
ckliwą zgniliznę napędzaną chłodem,
po której palcem, jak na wielkiej szybie,
będzie ktoś pisać o tobie i o mnie.

po mnie napisze, po tobie i szybie,
bo po jest ponoć ostatecznym miejscem
do pożądania oraz podążania.
jeśli go nie ma, zamruczy pochodnia,
słabiutko błyszcząc wyczerpanym światłem
nad warstwą ziemi obłej niby jabłko.

ciemność rozszerzy zdumione źrenice,
że raz kolejny ma mnie w swojej garści.
-------       


środa, 12 listopada 2014

Dzień Niepodlezłości



Kolejny remanencik 



















Raport z oblężonej Bolonii [list prokonsula 4]


Z.H.


to się nie skończy szybko, znów trwa oblężenie.
nadeszli barbarzyńcy o rannej godzinie
po szosach ekspresowych i autostradach
pod mur naszego miasta,
stukają do bram.

jestem ściśnięty w pewnych rozsądnych granicach
z moimi rodakami i dzielę ich myśli
pełne najszczerszej troski co ich  sąsiad robi
w łóżku i z kim oraz ile zna nieprzyzwoitych
pozycji, które nie przystoją  szczerym wyznawcom
wiary w najzwyklejszy donos, w siłę pancernych łokci i pojemność płuc
- to umożliwia zbicie krzykiem wszystkich argumentów,
przepłoszenie rozsądku i oddaje władzę
najbardziej krzykliwym karkom nad karkami.

i nawet nasze świnie, o bolońskie świnie,
wybrane nierozsądnie przez tępych wieśniaków,
reagują kwikiem, na nieśmiałe próby
odpędzenia od koryta -  racja po ich stronie,
pomimo barbarzyńców, mimo oblężenia
czy festiwalu mimów i głupawych min
na widok baby z brodą czy człowieka-słonia.  
więc wzywają pomocy boskiej matki i boskiego ojca,
wskazując na niesprawiedliwość, kiedy brudny gumiak
utrafi nazbyt celnie w rozpędzony ryj. 

i tylko nie wiem czemu co dzień o poranku              
bolacy mają smutne, zmiętoszone twarze
pełne dzikiej zawiści.
ich jutrznia się zaczyna łacińsko od krzywej
 z wykrzyknikiem, potem
benedictus dominus deus israel  z ust wyciskają niby pastę z tuby,
zapominając się do puenty o sparszywiałych pejsach.
na koniec hymn pochwalny co stawia na nogi
marsz marsz bolonia  ty dzielny narodzie.
czasem tylko ktoś stęknie z nagłym bólem w głosie
wzywając świętego zbigniewa kawafisa lecz po chwili
pieśń im podsuwa chochoł, sypiąc sieczką z głowy,
więc kołyszą się nucąc, że nic się nie stało.
pod koniec mruczanki zostaje im nic
odmieniane przez wszelkie przypadki nieznane gramatykom.
małe, słodkie nic.

to się nie skończy nigdy, chociaż barbarzyńców
za murem nikt nie widział, nawet nocne straże.
zgiełk tutaj nie milknie nawet na minutę
i strzepią się języki rozgrzane od słów.


sami się oblegamy. 

czwartek, 6 listopada 2014

She is the angel with the scabbed wings

babarycznie



Oh my darling Columbine


We are dead and tomorrow's canceled
Because of things we did yesterday
Marilyn Manson Cruci Fiction In Space



przed kolejnym ujęciem sharon stone zdejmuje
ciało, jakby to mogło pomóc w zrozumieniu
sceny w nagim instynkcie – szpikulec od lodu
i szeroko rozwarte uda, między które wbija
wzrok gromada facetów na komisariacie
w amerykańskim mieście. oto dziki zachód,
drze się uliczny mesjasz, więc dano nam lufy
pełne drobinek prochu i w proch obrócimy
ciało tej dziwki z filmu. sharon zrzuca skórę,
potem wygładza fałdy, rozstępy, cellulit
przy pomocy żelazka ze stopą z teflonu
i uderzeniem pary sto trzydzieści gramów
na ostatnią minutę, zanim w kadr się wepchnie
namiętny dekorator wnętrza mojej głowy,
sugerując wymianę obić. chwila, przecież
obić, to jest wulgarna przemoc przy użyciu
pięści, prawa i pałki, a ja mam chęć strzelać,
gdy tylko was zobaczę. subtelnieję z wiekiem.

---------------

--------------