Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος



Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


poniedziałek, 31 października 2011

11.15 - Czy te oczy mogą kłamać?



KURTZ:
It's impossible for words to
describe what is necessary to those
who do not know what horror means.
Horror. Horror has a face. And
you must make a friend of horror.
Horror and moral terror are your
friends. If they are not, then
they are enemies to be feared.
They are truly enemies.

APOCALYPSE NOW REDUX
an original screenplay by John Milius and Francis Ford Coppola
Narration written by Michael Herr




E-120



posuń mnie za daleko to nie jest modlitwa
kobiet zabitych cichcem w martwych od słów wierszach
może to postrzał głowy z której wciąż wypływa
koszenila jak nektar w ostatnich dniach czerwca

i okrzyk palcie ołów w dni niezamierzone 
gdy świst łopat śmigłowców rozsypuje popiół
z ognisk co nagą ziemię zwęgliły pod szronem
brunatnym od dojrzałych ziaren kawy z boku

pułkownik cicho mruczy madafakafares
próbując zważyć napis namazany nocą 
na drzwiach chat pierworodnych przez gorliwe straże
pilnujące dzieciaków buszujących w zbożu

posuń mnie za daleko to spóźniony lament
chórzystów czuwających z palcami na spustach
w cieniu oliwnych gajów zanim mrok poplami
rozszerzone źrenice szkliste niczym judasz    

piątek, 28 października 2011

People are strange when you're a stranger




Alicja zasłania lustro


nie znam nawet połowy słów w twoim języku
 - jest bezradny i trzepie o wargi jak ryba,
 płastuga wywabiona z ukrycia przez zmiany
 snów albo stado wilków. głosy mam pod kloszem,
 brzmią, cudaczą, wołają o skrzydła, skrzydełka
 na rosół, jeśli zwiędną, to przypną nam nowe,

 zawiązane na plecach rękawy i w górę,
 pójdziesz w górę, odbiorą ci ciężar. pamięć
 to starzec, śpi przy zsypie, na kartonach, spytaj
 i nie budź więcej. szepcze: natnij mocno, z prostej
 ciekawości, weź natnij, a kiedy buchnie z żył
 światło – popłyniesz szybciej w stronę wielkiejnocy.



People are strange

czwartek, 27 października 2011

chciałem ją zanurzyć w gorącej porcelanie


chciałem ją zanurzyć
w gorącej porcelanie
Karol Samsel  Meredith





Alicja już tu nie mieszka


Dokłada nowy kamień do stosu kamieni,
nachyla się w upale, sięga między grządki,
mamrocze, zrzędzi, gleba wciąż wypycha na wierzch,
pod rękę, niepotrzebne skrawki i kawałki,
które lśnią w słońcu słabo (jak oczy tej małej).

Zaciska ciasno dłonie, chwyta jakiś korzeń,
który wrósł nieporządnie między linie dyni,
pełznąc jak cienka linka od krzaku jałowca
przez klomb kwiatów niebieskich (jak oczy tej małej),
i czuje mdlący odór. Jakiś ptak tam leży,

co spadł, chyba przedwcześnie, nad dziobem dwa szkiełka
ciemne i zmatowiałe (jak oczy tej małej).
Pójdzie potem do ziemi, ona przyjmie chętnie.
Mimowolnie, na samo wspomnienie, spogląda
w kąt ogrodu, gdzie kopczyk kamieni ukrywa

(oczy tej małej) więcej. Potem mocno szarpie  
bladoostre łodyżki i wyrywa chwasty
- też chciały zdusić życie. Gumy rękawiczek
nic nie przetnie, a wtedy pewnie złapie wszystko,
co krzykiem może zburzyć harmonię ogrodu.

Rozgniata gniewnie w palcach jakiegoś owada.
Zostaje tylko smuga, czerwona, okruchy
chityny słabo błyszczą (jak oczy tej małej).
Lekko naciśniesz - trzaśnie, odejdzie, nie wróci,
a  kołysanka, skalny okruch, rośnie w ciszy.

Gasi melodię w głowie (jak oczy tej małej),
wstaje, prostuje plecy, a potem dokłada

- do stosu kamieni jeszcze jeden kamień.

środa, 26 października 2011

Ja pokażę ci coś, co różni się tak samo od twego cienia




Dekalog z króliczej nory


unikaj krecich ścieżek sennych zapowiedzi
nocy stłuczonych odbić w szybach pustych domów
zamszu unikaj wściekłych marzeń i czerwieni
wilczej sierści i tego co zaciera tropy
w rybich głowach unikaj gniewnych spojrzeń kiedy
szepczesz do siebie w rękaw potłuczonych stopni
przebiśniegów i małych dorosłych unikaj

unikaj śpiewu wrzącej wody w tanich gwizdkach
świateł w lodówkach grzybów i grających kartek
kołder unikaj kwiatów dźwięków które słychać
przez papierowe ściany bierz mnie szybko wal mnie
i rżnij mocno unikaj piany co ubita
z solą dosypią zapach chleby już nie takie
świeże jak dawniej i wszelkich unikań unikaj

poniedziałek, 24 października 2011

Nobody's diary


If I wait for just a second more,
I know I'll forget what I came here for,
My head was so full of things to say,
But as I open my lips all my words slip away



Alicja w zimie

Ten pies się nie domyka, cały biały, w śniegu,
trzykropki małych plamek na nim, jak zwietrzała ospa,
odpadną, gdy ukradniesz wilgoć, poszarzeją,
skurczą się i pies zniknie. Cisza jest bezbronna,

gdy ten krzyk, rozpostarty na moich ramionach,
tak faluje (przebiegam po zatartych śladach
wstecz głowy, gdzie tak łatwo w głosy się zaplątać).
Kto pan jest? W jakim celu? Tu się łatwo wpada,

trudniej wyjść tak do końca, do samego siebie.
Oni widzą i słyszą, wszystko, bez różnicy,
przez telefon i radio, nawet kaloryfer.  
W satynowych kagańcach przyjdą po mnie wilki.

Pisk opon przed blokiem,
wycie, będzie jazda.  



Nobody's Diary

środa, 19 października 2011

Ptaki, zwierzaki pod drzwiami stały, jak do nich strzelano, to umierały



kroniki marsjańskie


in vino veritas i dlatego płynie z każdego nacięcia
żelazisty strumień – nuci Alicja – bo tak uciekają
nędzne psy i poeci wraz z ostatnim skurtzem
dla nich jest czarne mleko w obtłuczonych miskach
i słomki przewiązane cienkim złotym włosiem
trafiają prosto w usta rozbryzgując myśli 
na ścianie za pospiesznie przewróconym krzesłem

życie to tylko pralnia niepotrzebnych złudzeń
kiedy mówię do ostrza wcale nie chce słuchać
o tym i mnóstwie innych poważniejszych rzeczy
cień wchodzi między kafelki jak zszarzała
fuga  sypie popiół na łyse głowy kobiet
za drutami wpychając do oczu obrazek
znaleziony w sieci – dym z komina nad brzozą

nie mogę uciec z głowy więc staję się lotna
niby gaz co rozpiera ściany balonika
przez szybkę wizjera widzę twarze obcych
– zasnęli z nadzieją bo gdzieś jest nadzieja
nieodebrana z pralni zapomniana paczka
z wypisanym numerem matka pod poduszką
trzyma wciąż zdjęcie dziecka w wełnianej czapeczce

środa, 5 października 2011

Musisz wiedzieć: inni bogowie nadali imię wszystkiemu

Alicja się rozrasta  
- dziś kolejny z cyklu, za jakiś czas wkleję całość tego, co się zalicjowało do tej pory...
   

   
Ciało nosi nas za nic


Alicja leży w łóżku i czeka na przyjście
czarnego psa – zbawiciela o nadżartej lufie,
który wypełni usta metalicznym smakiem
magnum. przed snem zamiast baranów
liczy głośno: trzy, pięć, siedem, ognia

sztuka tracenia staje się nawykiem.
po Kurcie został przester i wymowna cisza
w osiemdziesiątej drugiej minucie płyty.
od tej pory Alicja celebruje wszystkie pożegnania,
a po nich moment, w którym kamień przesłoni otwór

w skale. ten czarny pies zna miejsca, gdzie szybko
dojrzewam – myśli Alicja dotykając piersi – a wszystko kusi:
wypij, zjedz mnie. przecież przyjdzie czas na łaskę
i wielkie ważenie: nabój jest parę gramów lżejszy
od rzekomej duszy. trzy, pięć, siedem, ognia.
    

poniedziałek, 3 października 2011

przyłapujemy się w windach, szpitalach, lustrach




gra występna 

ojciec Alicji był kotem, miał jedynie uśmiech.
znikał najbardziej wtedy, kiedy był potrzebny.
matka utknęła w ciemnym pasażu karmiąc szczury
i gołębie. żal to tylko gra wstępna – mówiła
– gdy jest szczery. po nim każdy dzień przypomina
pocałunek przed odjazdem w nieznane.

ojciec Alicji był okiem, kropką na końcu lunety.
pod futrem miał las, który zmieniał ludzi
w mięso wtłoczone między strzępy blachy.
matka tańczyła swoje faux pas na brzegu talerza,
grając na tamburynie dla spóźnionych gości.
piosenka wrzała w niej jak liść herbaty.

ojciec Alicji był szczery, lubił krew baranka,
wypijaną chyłkiem w dworcowych zaułkach.
matka znosiła wszystko, nawet kiedy prosił
o ocet i przebicie dłoni. brakowało jej siły,
by odmówić nad nim parę zaklęć, gdy ciało
zdradzało ją z kolejnym przechodniem.

północ nigdy nie ulega łatwo – myśli Alicja
burząc dom z kostek domina – ostrzy nas na zapas.