Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 21 listopada 2017

Poletnio, posłonecznie [Aunque a veces parecemos tontos]

Jeden z nowszych, pokonkursowo.





Państwo Łazienkowscy - latem


w samo południe, w łazienkach, na trawie
widzę jak słońce liże twoje stopy
i choć z głośników płynie chłodny nokturn
wiem już, że można spalić się bezgłośnie
w opustoszałym nagle wielkim mieście,
wśród tłumu ludzi na letnim koncercie.

obok pomnika czai się fortepian
- to ożywiony dźwiękiem nosorożec
z otwartym grzbietem (czarnym cienkim żaglem)
sunie po trawie, stołecznej sawannie,
gdy smukłe palce muskają klawisze,
a wtedy można i ciszę usłyszeć.

w ciszy, co dzieli sypiące się dźwięki,
leniwiejemy na wzorzystym kocu,
bo może jest to nieostatnie lato,
kiedy nas studzi oszroniony nokturn
- stwardniała w słońcu lodowata nuta,
która topnieje niby oksymoron.  

---------

 

środa, 1 listopada 2017

Śmierć to miejsce, nie czas.

Z "Karmageddonu"



























a teraz ułóż mnie do snu 
(wiktoriańska galeria pośmiertna)


mamy otwarte oczy, ale nie sięgamy wzrokiem
głębiej niż na paznokieć. za to oni widzą
nieuchwytne oznaki zmierzchu. te uśmiechy
pełne zakłopotania, kiedy ślizgamy się po powierzchni
życia jak cicha rtęć zastygająca na szklanych płytkach.
rankiem zdejmiemy odciski z własnych śladów.

jedyne co nas oddziela od wspólnych niedzielnych spacerów,
to soczewka i rozbłysk magnezu w wąskiej szczelinie,
szelest martwych koronek, metalowy stelaż.
resztę zgasi sztywna cisza. stracimy ją bezpowrotnie,
gdy tylko otworzymy usta. otwór na klucz albo żeton.

obraz jest czysty, mówi: śmierć to miejsce, nie czas.

środa, 25 października 2017

I am the passenger

Z tomiku "Herzlich Endlösen"





Maj [gitar hiroł]

Pop before the war
lunch before the score
Iggy Pop “Blah-Blah-Blah”


Mój pasażer wysiada na czwartym przystanku,
gdzie brud się przylepia do nieba jak towot.
Przechodnie uciekają, kiedy spływa na dół
hałas z głośników ustawionych w oknach kamienicy.

Jest w tym i rdza, i przester, jakby fusy z kawy
osiadły na strunach, potem salwa z bębnów.
Kamienica drży cała, drży wraz nią pasażer,
a spłoszona ziemia zrywa się do ucieczki.

Zachrypnięty głos przecina obnażoną skórę,
gdy Chinka syczy w ucho zamknij się kochanie,
weź mnie z łyżeczki, a potem zostań moim psem.
Pasażer wyciąga wtyczkę i próbuje śpiewać.

W ustach mu zostaje samotna sylaba la.   


------------------------

    

piątek, 13 października 2017

δεν σε φοβαμαι ουρανε - okno na nie ten czas

Z tomiku "Herzlich Endlösen"





Aniauu (1982)


o czym był krzyk tej małej, kiedy tak leciała
zabierając po drodze skrzynki ogrodowej ziemi,
wiotkie anteny, kable i strzępy cudzego prania?

było upalne lato, słońce stało w ringu,
każdy z nas rósł i ciemniał, a z otwartych okien
płynął gwar tamtych mistrzostw świata
– „booooniek, booooniek strzelaj”.

przez moment się zdawało, że jej wysoki krzyk
zdusił światło i wepchnął nas w ustronne miejsce,
do którego nikt mądry wcześniej nie zagląda.
wcale.

„kurwa, nie będzie meczu, pozrywała wszystkie”,
jęczał jeden z sąsiadów, lecz pchał się do przodu,
jakby go przyciągała krew i puste oczy.
resztki.

nie dotarłem daleko. mignęły mi tylko
drobniutkie palce stopy i różowa pięta,
pasek letniej sukienki, rozsypane grudki
ziemi.

dopadł nas dobrze znany podwórkowy zapach
rozbitych kolan, świeżych blizn i przegryzionych
warg. z tyłu słyszeliśmy skowyt „aniauu, czemu
aniauu”.

nad wszystkim powiewała przytrzaśnięta firanka.

---------------------------------

czwartek, 28 września 2017

Jesienniejemy wszyscy [Μόνο Εσύ]

Stary, jesienny, może aktualny


























Dym i jabłka




w powietrzu już czuję dym
(jezu jak uwielbiam ten zapach)
jeszcze wszystko będzie zielone
przez chwilę potem
przejrzę się w pękających kasztanach
i te chmury na moją głowę
niżej strach suchy owadzi
że nie doczekam lata
i to wszystko takie nie wprost
powolna śmierć traw i wrzos
mnie mniej o ćwierć
coś mocnego na sen
przed skokiem
do skrzynki jabłek winnych
może trochę bardziej
niż ja i wszyscy inni

-------------------------------------


czwartek, 21 września 2017

Gaz wypełnia folię. A my idziemy.



 z "Karmageddonu"


 

Himsa


Chciałbym wrócić do Anny, jak się powraca do morza.
Jestem łuską, zeskrobanym śladem po śniętej rybie.
Z takiej perspektywy niebo wygląda jak tani,
foliowy całun. Nie pamiętam, czy ojca zawinęli,
czy sam im wypłynął. Może szumiał zbyt głośno?

Czekaliśmy na niego z kolacją. Za oknem zima
mieszała się z postem i widziałem wyraźnie
– na brzegu każdej Marii siedział Jezus, malusieńki jak ja.
Śmiał się, czułem, że to znak. Szyny rytmicznie szeptały
niedojedź, niedojedź. Matka biła karpia.

I nawet zapach ciasta nie mógł zamaskować
pustego miejsca przy stole, okrucieństwa kolęd,
gdy powietrze drżało od biegu pasterzy.
Dziś wtórują im głodne dzwonki zaplątane
między brzuszki bemoli. Anna rzuca łuski.  

Gaz wypełnia folię. A my idziemy.

środa, 20 września 2017

Znam takie miejsce, gdzie przychodzę umierać


Z tomiku  "Herzlich Endlösen"






Świetliki [niechętny]

Czemu na podeszwach butów wnosisz mi do domu brud?
Mam na myśli wiadomości, plotki - nie uliczny kurz
Katarzyna Nosowska „Historie”

znam takie miejsce, gdzie przychodzę umierać
i nie chcę cię już widzieć, chcę już tylko leżeć
uwolniony od rytmu natrętnych zegarów,
faz księżyca, w takt których płynie twoja krew,
i nie chcę cię już słuchać, odwrócony w czasie,
kiedy słowo mnie mija jak ruchomy cel,
więc przy zduszonym świetle chwytam się za język
całkiem obcy i wnoszę ci do domu brud,

nawet jeśli dokładnie wytrę buty,
a może zwłaszcza wtedy (taki kiepski żart). 

------------------------

czwartek, 24 sierpnia 2017

Σ' Αγαπάω Μ' Ακούς


















Nie dwa razy [dwutakt na szymborską nutę]


nie zdarzymy się dwa razy i dwa razy nie zderzymy
nic nas znowu nie połączy nie rozdzieli bez przyczyny
nawet nagość jest ubraniem w nieintymnej klatce łóżka
skoro dotyk nas oddala po omacku każąc szukać
czegoś co w zasięgu ręki kiedyś przecież było wspólne
zanim zgubiliśmy siebie w zbędnych słowach w próżnej dumie
korowodzie chwil bez ceny tak pochopnie zmarnowanych
nie dwa razy z zakochania z nienawiści nie dwa razy


-------------------
jedna z najlepszych piosenek - słucham jej ostatnio
polskich rozgłośni nie słucham


piątek, 11 sierpnia 2017

Huśtawki przed końcem końca






















Huśtawki

to wszystko jak w reklamie - dżins i styks, i neon,
wszystko, które jest niczym, w pustce się zagięło.

powracasz, skąd wyszedłeś, domknąć życie, pętlę.
zaciskasz ją dokładnie (jeszcze jeden węzeł),

łudząc się, nadaremnie, że rozpoznasz jutro
Atlantydę w prawdziwej postaci. ze smutkiem

uśmiechasz się do lustra, nie znasz odpowiedzi
o marszrutę. wiesz dobrze – wciąż na oślep jedziesz.

zadyszka. pauza. schodek. walizka na półkę.
to jest nowy początek życia? syk (gdy tłuczesz

kolano), inwektywa, ciężka jak cholera,
po co ci tyle gratów? przecież się wybierasz

w jedną stronę, starannie zacierając ślady.
październik, morze, mewy, pasmo siwej piany

pokryło bielmem piasek. moczysz w wodzie stopy
(buty wysuszysz w locie), teraz szybko podpisz

pocztówkę, może dojdzie. szum wysokich sosen
przywabia cię przestrzenią,  spóźnionym łopotem

ptasich skrzydeł i  lękiem - kipi pod nim pustka.
niebo jest za daleko, więc pójdziesz się huśtać.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Państwo penisogłowych - czyli jeden obraz wart tysiąca słów

















z najnowszego tomiku "Herzlich Endlösen"





Idy wrześniowe [dulce dulce dulce]

Korczakowi

państwo penisogłowych, ziemia obiecana
– tam modlą się do siebie ludzie wielkiej wiagry
(stoi im przed oczyma widmo pięknych bitew,
w których umierać będzie zapomniany frajer,
co nie zdążył na peron w nowych zaleszczykach
na moment przed zamknięciem ostatecznych granic)
pod zielonym sztandarem z bicepsem na sztorc.

nawiasu nie rozszerzy zabawna dygresja
o tym, że dziś nienawiść obraca się w nawias,
a ja widzę w tym tylko jedwabne kajdany
i lateksowy knebel wpakowany w usta
przypadkowych kochanków – ona była drobna,
wręcz krucha w swej małości, on nucił jej w ucho
wers wojenko wojenko, zanim piach ich pokrył.  

nie wiem, co tu się dzieje, chyba nie chcę wiedzieć,
czemu niebo jest puste od kiedyś do zawsze
i dokąd poszedł gwizdać ten smutny flecista
z czeredą martwych dzieci, kiedy znikły w gazie,
a lato było piękne, zwłaszcza tego roku,
dla wszystkich co czwórkami radośnie zmierzali
do wielkiej niewiadomej, a pochód prowadził

mały, łysy facecik w śmiesznych okularach. 

piątek, 4 sierpnia 2017

08.1944 (4) - Canto o płomieniu




















Canto o płomieniu [idy sierpniowe]

Enola Gay
Is mother proud of little boy today
OMD Enola Gay

I
włosy matki enoli są w kolorze ziemi
ognistej niby tyczka, po której się wspina
popiół ze ślubnej sukni, a idy sierpniowe
nie mają w sobie krztyny krwawej zawartości
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

goście weselni jadą w cztery konie, z błyskiem,
lśni aluminium w słońcu jaśniej niżby tysiąc
gwiazd co prowadzą mędrców do szpetnych stajenek,
slumsów stawianych w mroku przez nienakarmionych 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

tam na granicy chłodu, gdzie tlen zbyt leniwy,
by płynąć w ludzkich żyłach wraz z krzepnącą cieczą,
tkwi w luku zgniły owoc z drzewa wiadomości
dla małych chłopców, którzy uwierzyli w rozum 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

zrzuca się nam sumienie, jak wężowa skóra,
zbyt łatwo i swobodnie, byśmy doczekali
optymistycznej puenty o matce enoli
czekającej na rozkaz powrotu do bazy
– więc niech się chwali cząstka rozbita na cząstki.

II
widziałem zdjęcia miasta startego na miazgę,
widziałem inne miasto zepchnięte w kanały
pełne tłustych fekaliów i much tnących fetor
ciężki niczym zasłona wieszana w świątyni
na moment przed rozdarciem, w dzień zbawiennej kaźni.

nie słyszałem wystrzałów gasnących w ruinach,
ani dziarskich piosenek śpiewanych po latach
zbyt łatwo, patetycznie, o tym, że umierać
est dulce et decorum, choć bywali wiedzą,
jak słodko śmierdzą płytko wykopane groby.

i nie ma już znaczenia, co w komorze niesie
srebrny ptak z aluminium, i na czyje głowy
spłynie jasność jasności, która wciąż się staje
dokładnym zaprzeczeniem pierwotnej intencji,
skoro ręka bez grzechu i tak rzuci kamień,
nie pytając o winę (albo o brak winy).

III
półnagi król jaszczur, stroszy bujne loki
i wzywa jeźdźców burzy na słomianych koniach,
do chatynki w Betlejem, gdzie był urodzony,
a w ręku ma dymiący od głosu mikrofon.

śpiewa o ukochanej, co zapali płomień
unoszący się górę jak słoneczna kula,
zabójcach ukrytych na rozstajnych drogach
o krok od zrozumienia, że jest tylko koniec

niesiony niby dziecko przez oblubienicę,
pannę młodą w welonie utkanym z popiołu
tuż po sierpniowych idach, weselach żałobnych
rozszczepionych na cząstki niewarte złączenia

- nasze cienie na ścianach roztopionych domów

czwartek, 3 sierpnia 2017

08.1944 (3) - poległym poetom
















4.08/16.08

Dla G. i B.

okno, kula i oko - najwierniejsza linia,
która prowadzi chłopców bolskich w sierpniowe noce ku wieczności
przepowiedzianej im przez matki w wiecznej żałobie narodowej,
a dalej płynie tylko wisła  i szemrzą dziady, towiańszczyzna,
zły miód się leje wprost na rany szyte grubymi nićmi z lnu.

ten, kto przystanie na tej linii przez chwilę dłuższą od oddechu
strzelca na krótko przed wystrzałem, kiedy na spuście kładzie palec,
sam się przekreśli płaską linią, sam się ułoży w nowy wzór.

patos i wieczność nakładają solidny knebel, potem diament
upada prosto do studzienki kowanej ostro, prosto w ścieki,
którymi miasto sobie gada  z prawdziwym światem poprzez wodę.


zamykam okno, gaszę oko, wyjmuję kulę, stawiam mur. 

środa, 2 sierpnia 2017

08.1944 (2) - Psalm tunelowy




















Psalm tunelowy [widzenie]

nad liter bruzdą - widzisz jeszcze
mój obraz: idę przez powietrze,
a za mną miasto moje idzie.   
Tadeusz Gajcy Do potomnego


miejskie chodniki zawieszone
nad popiołami strzegą pilnie
byś się nie zapadł w wąskie bruzdy
którymi sunie w dal niepamięć

każda litera to jest rana
rozdrapywana przez dzisiejszych
i tych co jeszcze nie zginęli
kradnąc umarłym dni zaduszne

kiedy w tunelu metra wagon
jak kret przepycha się przez ciemność
wciąż słychać szept przydrożnych chłopców
i dziewcząt  zamienionych w kamień

a w górze miasto zawisając
niby koliber wciąż się żywi
różową kreską którą niebo
wypuszcza rankiem ponad dachy

w powietrze ciężkie
od niczego

wtorek, 1 sierpnia 2017

08.1944 (1) - Wiersz, który nie rapuje się z niczym




















Wiersz, który nie rapuje się z niczym


Kolejny dzień jak palę ogniem wilczura pysk
Lao Che Barykada

Słońce jest w znaku lwa, więc ognista grzywa
podpala wszystko – już płonie i Wola,
pałacyk Michlera, pamiątki rodzinne,
a złoty kurz się sypie na pola pszenicy
z dala od tego miasta. Tabliczka na szorstkim
murze kamienicy, to ślad, że stąd wyszli
i już nie wrócili. Ktoś może powiedzieć:
śmierć jak dwa miesiące wakacji pod ogniem,
plus szybkie miłości, śluby i rozwody,
chrzty z krwi, a nie z wody, piekielna Hurghada,
w niej toczą się czaszki, gada zburzone miasto,
zaś kneble barykad duszą oddech w ulicach,
nie słychać nic innego – papieros papieros
skanduje tłum pod sceną i to ślad kolejny,
po tych, co odeszli, ale nie zginęli.

czwartek, 20 lipca 2017

Wiersz o POPiSolandii - z najnowszego tomiku "Herzlich Endlösen"

Z najnowszego tomiku Herzlich Endlösen





















Miedź [1 Kor 13 apokryf]


tanie cymbały bez miłości
harcują wokół nagiej brzozy,
a tu się nie da żyć po prostu,
a tu się nie da w ciszy dożyć

i nie pomoże żaden język
anielski czy naiwność dziecka, 
przywoływanie wszystkich świętych,
skoro rozsądek nam ucieka

z bagażem winy do zaleszczyk
po stosach trupów stratowanych
w rytm nienawiści, lecz wciąż brzęczy
miedź wyjebane, wyjebane.

czwartek, 11 maja 2017

Witajcie w piekle !!! Herzlich Endlösen !!!

Zrobiłem -  zostało tylko kilka spacji i przecinek do poprawienia. Teraz już wszystko w rękach Ola i Olkusza.
A do kompletu wiersz tytułowy.


Herzlich Endlösen


witajcie w piekle na sześć liter, gdzie jezus ledwo zwykłym żydem
i z nienawiści wciąż umiera w kokonie z ognia lub jedwabnie
snując się w niebo w tłustym dymie, a w czoło wbite ma celtyckie
ciernie o złudnym kształcie krzyża i spod nich nawet krew nie płynie,
bo dawno opróżniony kielich, gdzie gorycz skrzepła wraz z gorczycą
musztardy zwykłej po kielecku czy majonezu z jaj rozbitych
jak głowy pałką lub obuchem na dzikich polach, których bezkres
otwarty niby pszenna bajka z internetowym płynie hejtem
na nutę jeszcze nie zginęła, co miesza się z jeszcze nie rzucim
i tylko nie wiesz czy kamienia, i dobrze nie wiesz czy bez winy,
lecz gdy gorączka trawi tęcze, na szarej ścianie obok gwiazdy
odczytasz znaki dla prawdziwych wyznawców grozy – witaj w piekle.









poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Sarin - saraj - Szaweł

Zło lubi się powtarzać. Ten wiersz, napisany kilka lat temu, ukazał się  w "Madafakafares". I znów jest aktualny.  Niestety. 






Elegia dla porażonych

Surely some revelation is at hand
W.B. Yeats The Second Coming


Niebo nie ma przyszłości, bo się samo nie ma,
i startuje z przeczenia – tak jak nieobecność.
Na końcu „o” maleje, otwarte zdziwieniem,
że można liczyć mrzonki, pewne niby profit,
procent od urodzaju ducha nad jeziorem,
kiedy przywódca stada mądrze dzieli ryby.

Nie ma przyszłości przyszłość, bo się sama nie wie
i choć w środku idzie ku nowym Betlejem,
to nie jest objawieniem, bo to, co przypełza
razem z nią pod próg „dzisiaj”, ma smak odgrzewanych
kotletów z trzeciorzędnej jadłodajni w mieście,
o którego upadku krzyczą głodne mapy.

Nie ma drugiego przyjścia, skoro nie ma świadków
pierwszej wizyty gościa w naszej okolicy.
Na damasceńskiej drodze wiatr rozwiewa chmury
i widać błyski światła, lecz tylko nieliczni
odbiorą komunikat szeleszczący w mroku,
a potem się nawrócą na piaszczystą mantrę:
o saraj, sarin, szaweł, napełniając płuca.

W górze kołować będzie ogłuszony sokół.

wtorek, 21 marca 2017

Wiersz na Światowy Dzień Wróbla

Dla moich małych przyjaciół






Wiersz na zakończenie czasu


do czego się modlić, jeśli nie ma wróbli?
skoro poznikały całkiem bez przyczyny,
pozostaje czekać na kolejne pustki
i dni bez okruchów sypanych na beton.

gdzie i kiedy odeszły, kto będzie następny?
może ja, bo ta wiosna tak słabo się trzyma
mojej głowy i jakoś nie potrafię myśleć    
nad ranem nie o tobie, a każdy zaimek

wydaje się bezwzględny i wskazuje tylko
na dziwnie próżne miejsce ukryte za mostkiem,
pragnące się napełnić czymś innym niż smutek
z powodu zaginięcia pospolitych ptaków,

co odeszły chyba bez jasnej przyczyny,
skowytu czy huku, zostawiając resztki
chleba na chodniku, zwykłą nieobecność,
która jest straszniejsza od zagłady świata.

środa, 15 marca 2017

Moje idy niemarcowe


Z tomiku "Herzlich endlösen"- lada chwila, lada dzień















Idy wrześniowe [dulce dulce dulce]

Korczakowi

państwo penisogłowych, ziemia obiecana
– tam modlą się do siebie ludzie wielkiej wiagry
(stoi im przed oczyma widmo pięknych bitew,
w których umierać będzie zapomniany frajer,
co nie zdążył na peron w nowych zaleszczykach
na moment przed zamknięciem ostatecznych granic)
pod zielonym sztandarem z bicepsem na sztorc.

nawiasu nie rozszerzy zabawna dygresja
o tym, że dziś nienawiść obraca się w nawias,
a ja widzę w tym tylko jedwabne kajdany
i lateksowy knebel wpakowany w usta
przypadkowych kochanków – ona była drobna,
wręcz krucha w swej małości, on nucił jej w ucho
wers wojenko wojenko, zanim piach ich pokrył.  

nie wiem, co tu się dzieje, chyba nie chcę wiedzieć,
czemu niebo jest puste od kiedyś do zawsze
i dokąd poszedł gwizdać ten smutny flecista
z czeredą martwych dzieci, kiedy znikły w gazie,
a lato było piękne, zwłaszcza tego roku,
dla wszystkich co czwórkami radośnie zmierzali
do wielkiej niewiadomej, a pochód prowadził

mały, łysy facecik w śmiesznych okularach. 

wtorek, 14 marca 2017

Dear god the sky is as blue as a gunshot wound






Słowo na trzy

bóg. zmienił się po auschwitz – stał się niemożliwy
i nie do wytrzymania, pociera nerwowo
tatuaż na lewej ręce, z wyblakłym numerem,
a pod nim czarna rzeka płynąca od serca
i wszystko co najgorsze (cóżeś mi uczynił).

kiedy ustawia czajnik na palniku kuchni,
to gaz się mu kojarzy z małym ciemnym wnętrzem,
w którym oddech zamiera ze strachu, że może
już nie będzie oddechu tylko zwykły strach,
a po nim piach i brzozy (spielt auf nun zum Tanz).
 
a w radio pound nadaje, że już dawno umarł
i nikt go nie widuje, w tle źle słychać paryż  
lub każde inne miasto, gdzie wiara się szerzy
po ludzku, jak zaraza, śmiertelnie poważnie,
z trybuny, z minaretu (ein führer, allah, volk).

i w co się zmienia wino? w najciemniejsze rzeczy,
w niemożliwie okrutną żądzę cudzej krwi. bóg.

wtorek, 28 lutego 2017

No hidden catch, no strings attached, just free love
















Odrywanie [zgodnie z instrukcją]


najlepiej zniknij ze mnie, jakbyś zawsze była
plamą po czarnej kawie na ślubnym obrusie.
niech się odplamię cały, śnieżnie odzacieklę,
choć zaciek albo smuga znaczy mnie wspaniale
i nadaje znaczenie wszystkim nocom, dniom.

kiedy ciśnienie wzrasta razem z nienawiścią,
to niepotrzebna kawa, a po kawie plama
- zostaje puste miejsce, strasznie zimne obok,
więc teraz zniknij ze mnie, jakbyś ciągle była
tamtą  słodką dziewczyną z pokoju bez okien.

a najlepiej mnie zniknij po pierwszym śniadaniu
zanim wyblaknie pamięć, nim się spierze czas.

-------------------

wtorek, 14 lutego 2017

Oh My Darling Valentine



Zaimię [śniąca się]
       
o tobie pachnie ciepłem każdy sen nad ranem 
i z ciebie się spowiada kolejny zaimek
likwidator ckliwości, zwłaszcza zapisany
małą, skromną literą, synonimem taktu,  
po której nawet kropka puszy się, nadyma
jak montgolfier z papieru tuż przed pierwszym wzlotem.

to imię we mnie milczy niby tajemnicza
fraza i doprowadza do początku koniec
- wynajdujemy koło, potem dom i ogień,
wojny, sojusze, kpinę z takiego rozsądku,
co wciąż  nas redukuje do potrzeb pierwotnych,
a przecież dobrze wiemy, że jeszcze jest w górze.     

liryka małych liter i czułość nazw własnych,
to dopełnienia godne jakiejś epopei,
a tu jest ciepłe łóżko, pachnąca poduszka
i na niej twoja głowa śniąca się imiennie,
osobiście i  smacznie, a przy niej najmniejszy,
najmniej ważny zaimek – całe moje ja. 


wtorek, 17 stycznia 2017

Somewhere between the sacred silence and sleep


Poratoniowy, do nowego tomiku.























Widokówka z gorszego świata

Barańczakowi. Post mortem

dobrze, że cię tu nie ma. jesteś teraz w punkcie,
z którego masz codziennie najlepsze widoki.
tu świat gorszego sortu – chociaż można uciec
po zatrzaśnięciu oczu daleko w głąb głowy.
reszta? milcząca próżnia, rozdęte coś w górze,
głuche na rozpaczliwe prośby i modlitwy,
co ma nas w trzech literach, bo stworzone cudnie
przez zachłannych pasterzy tępej jagnięciny.

dobrze, że cię już nie ma. zawierasz się w słowach,
pomiędzy okładkami, wśród spróchniałych półek,
i nie wiesz, jak to boli, kiedy nie rozmowa,
ale pięść jest środkiem do zgłębiania sumień
- wraz z nią perfidne kłamstwo, obrzucanie błotem
w imię najwyższych racji, absolutnej władzy
nad zwykłym strzępem sukna, wstydliwe czerwonym,
dla żartu rozpostartym pomiędzy rzekami.

dobrze, że cię tu nie ma. to rodzaj dystansu
wciąż niedostępny dla mnie. puenta to granica
za jaką jest marzenie o byciu wygnańcem
w ciepłym zakątku świata, skąd można by wysłać 
widokówkę bezsłowną, zamiast komentarza
pełną jasnej przestrzeni, gdzie nikt nie zatrzaśnie
moich ust ani oczu dłonią, co zamarzła
przy lepieniu bałwanów z politycznej baśni,

co zasnęły wraz z zimą w biegnących szeregach
po mruczance chochoła. dobrze, że cię nie ma.