Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


czwartek, 16 lipca 2026

Nienawiść wszystko u nas żeżre - trzy wiersze

Nie myślałem w 2016, że to w Polsce się tylko spotęguje.



Herzlich Endlösen

witajcie w piekle na sześć liter, gdzie jezus ledwo zwykłym żydem
i z nienawiści wciąż umiera w kokonie z ognia lub jedwabnie
snując się w niebo w tłustym dymie, a w czoło wbite ma celtyckie
ciernie o złudnym kształcie krzyża i spod nich nawet krew nie płynie,
bo dawno opróżniony kielich, gdzie gorycz skrzepła wraz z gorczycą
musztardy zwykłej po kielecku czy majonezu z jaj rozbitych
jak głowy pałką lub obuchem na dzikich polach, których bezkres
otwarty niby pszenna bajka z internetowym płynie hejtem
na nutę jeszcze nie zginęła, co miesza się z jeszcze nie rzucim
i tylko nie wiesz czy kamienia, i dobrze nie wiesz czy bez winy,
lecz gdy gorączka trawi tęcze, na szarej ścianie obok gwiazdy
odczytasz znaki dla prawdziwych wyznawców grozy – witaj w piekle.

 

Wiersz bez tytułu

powszednia nasza nienawiści,
która się jak opłatek łamiesz
i niby pleśń na skibce kwitniesz,
przebiegle zatruwając pamięć

ojczystą oraz osobistą,
a potem wiążesz język z sercem
w splot, co ma zastępować bliskość,
a tylko rani nam najcelniej

szyje – pod nimi tłusty okap,
braterskich przewin kamień wisi,
a niżej śpiew, że jeszcze polska,  
powszednia nasza nienawiści.
 

 

 

Jądro miałkości

 

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą

Pijemy w południe o świcie pijemy cię wieczór

Pijemy pijemy

Paul Celan „Fuga śmierci”

 

 

mielemy kości trzeci dzień i już niewiele pozostało,

ot, na języku gorzki smak, mało znaczący biały nalot,

a nasze usta są jak młyn, a w nich nienawiść – młyński kamień,

który rozetrze wszystko w pył, nie zostawiając śladu prawie

po tym, co wpadło nam do ust, przez zaklejone woskiem uszy,

przemyślnie omijając mózg i naciskając niefortunnie,

na wzdęty balon, gdzie krew z krwi co chwila się z podłością brata,

słowem za słowo, bluzgiem w bluzg, przekleństwem za przekleństwo płacąc.

 

te boże młyny naszych warg, podniebień świństwem rozszczepionych

pracują skrzętnie dzień po dniu, gasząc nadziei słaby płomień,

że może jeszcze miejsce jest , gdzie można przed tym szybko uciec

zanim wzniesiemy chiński mur z wyspowiadanych gładko sumień,

który odgrodzi nas od nas w daremnej próbie oddalenia

momentu, kiedy pusty wrzask nasiąknie bielą i czerwienią

na widok rozdziawionych gąb i oczu przesłoniętych złością,     

bo zrozumiemy – cały czas mełliśmy nasze własne kości.

 

 

wtorek, 23 czerwca 2026

Bolesne wiersze na Dzień Ojca

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas[ownikowy]

 

zakopywałem ojca, by go nie znalazła

nadciagająca jesień. gdzieś w stygnących gniazdach

wiatr czujnie przeczesywał resztki zbędnych puchów

– pamiątki po odlotach, a złudzenie ruchu

potęgowało drżenie pomarszczonych liści,

przedwcześnie postarzałych w czasie rzeczywistym.

 

zakopywałem ojca. jeszcze się wyrywał,

jeszcze szarpał w pamięci, więc pamięć jak blizna

szpeciła resztki lata. nie chciał się zapomnieć,

zagoić w mojej głowie, a tam nieprzytomnie

w stosach zabaw, zabawek, kapslowych kolarzy

wyciekało mi życie za horyzont zdarzeń.

 

zakopywałem ojca, jak miasto pompeje,

jak naiwny lejtmotyw z przebrzmiałych piosenek,

fundament, co nie uniósł najlżejszej z budowli

– życia pełnego blasku z przedjesiennych ognisk,

oddechu, w którym nagle słyszysz pożegnanie

odchodzącego rakiem w stygnącą niepamięć.

 

Pośmiertnik [dda]

 

Aboard a shipwreck train

Give my umbrella to the Rain Dogs

Tom Waits Rain Dogs

 

 

dziś w nocy przyszedł ojciec. we śnie stary pijak

był dziwnie zatroskany – z tego nie wyżyjesz,

bo nikt nie czyta wierszy, lepiej wypij synu

ze mną małpeczkę bolsa pod kwaśne ogórki,

 

a zaraz popłyniemy po przyjaznych bramach,

pukając w parapety melin i niech matka       

nie skrzeczy nam nad głową, bo tam wyżej miejsce

dla duszy, nie dla ciała, po prawicy szefa

 

razem z lolkiem bukowskim i waitsem schrypniętym

od taniej ruskiej wódki. patrz, jak psy deszczowe

spod swoich parasoli wystawiają siwe

łby, pełne żytniej słomy, gdzie czai się skowyt,

 

zamiast sytego huku, cięższy od anioła,

co buja niewysoko, więc schylmy się niżej,

jeszcze bardziej pokornie, przyjmując ducha w gardła,

a każdy z nas jak kapłan, który wnet przemieni

 

wszystko w paskudny smutek i w pierwszą brygadę,

kiedy pójdziemy w bolskę kupą panie, kupą.   

 

Lot

 

Zanim zajrzeliśmy mu przez ramię, nadał dniom imiona.

Nocom, które się nie przespały, nadał imiona swoich córek.

Nad morzem zbudował wiatrak, który oddzielał lotne frakcje

powietrza i soli. Do miasta chodził przez przypadek,

czasem z potrzeby - tak poznał piekło dziewuch

o brudnych nogach i czystych duszach.

Z każdym wierszem tracił rodzinę, a później pamięć.

Na wszelki duch pożyczałem od niego usprawiedliwienia.

W zamian pokazał mi,  jak bardzo mogą zrosnąć się drzewa

z dobrymi lub złymi wiadomościami.

 

Zostawił w spadku zegarek ze srebrną dewizką

i przykazanie: nie oglądaj się.