Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


czwartek, 20 grudnia 2012

Ege szegedre ciokolo masajo osto kudo chojo todo buroki!





Wiersz Nikodema D. [chamlet]




w tym kraju żyć nietrudno, grać na mandolinie,
zostać premierem, zbijać bąki w parlamencie,
bo po co łamać głowę – niczym powiatowy
chamlet nad zawiłością zasad ortografii.

to wcale nie wymaga krztyny charakteru.
wystarczy łapać życie za pysk, a oksfordzkie
bubki brać pod obcasy i dla paparazzich
zrobić głupawą minę biegając za piłką

albo wynaleźć brata – przaśnego bliźniaka
­– poległego na chwałę zgniłej republiki
o niepewnym numerze. potem już do woli
można używać haseł i pojęć jak cepy.

frak leży na mnie zgrabnie. to tylko kaganiec,
pod którym sprytnie skryłem buraczane ciało.
w ustach mi szybko więdnie bóghonorojczyzna
– tuż za rogiem wawelu lub innych powązek,

gdzie mnie kiedyś położą na ojczyzny łono  
samogonnego mefista w leninowskiej kurtce
  

czwartek, 13 grudnia 2012

Instead laugh



suicide, something's missing
I'm bound, in flesh, it cut once
OneSideZero Instead Laugh



Lord Łazarz [sonet zimowy]



mówię: nie masz pojęcia, jak jestem zmęczony
– od tego można zacząć i na tym zakończyć
każdy list, mejla albo wieczorną rozmowę.
cisza też nieodporna na blackout i mrozy.

język sam się odgryza przy takiej pogodzie,
serotonina spada poniżej poziomu
absolutnego zera i nic nie łagodzi
upadku w głąb posłania, gdzie tkwi niewiadome.

idioci wciąż tokują: wstań i idź łazarzu,
jakby mogła dopomóc jakaś stymulacja,
żeby poruszyć z miejsca skamieniałe ciało
– abażur z ludzkiej skóry pozbawiony światła.

moje zmęczenie żyje swoim własnym życiem
w dniach niechętnych wszystkiemu, co wstaje o świcie.

    


piątek, 7 grudnia 2012

These old tom-cat feelings you don't understand





Satellite of L. [chwilki]


Satellite's gone  up to the skies
Thing like that drive me out of my mind
I watched it for a little while
Lou Reed Satellite of Love



mgnienia, gdy niebo zasnuwa na śliwkowo
albo okruchy starych pierników pachną jazdą
w nieznane, przygodą, która nie prowadzi nas do końca,
bo przecież końca nie ma, liczy się otwarcie,
szybki początek, palce splecione w trakcie spaceru,    
molo wbite w rzekę, włosy bezładnie rozsypane
na poduszce i oddech poza kontrolą, w najwyższych
rejestrach krzyku, jakiś taniec na rynku w miasteczku   
zapomnianym przez dżipiesy, kiedy satelity celowo
nas omijały, zachwycone niezwykłością połączenia
ciał, a potem ważne fragmenty rozmów

- dzięki nim możemy dziś świecić w ciszy
i rozbrzmiewać w cieniu   


środa, 5 grudnia 2012

Breathe, in it, there is no need to forgive




Wiedzony [wiersz nierówny]



                                         Nickowi Cave’owi



klepsydry są zbyt proste. ludzie wypadają
z nich jak żarówki z opraw o zatartym gwincie.
brakuje tylko huku, kiedy grawitacja
otwiera szklane bańki, przezroczyste czaszki,
w których tliły się resztki stopionego światła.

oddech sam się wypuszcza w nieznanym kierunku,
nikomu nie przebacza, bo nie ma lekarstwa.
jesteśmy durną plagą i abominacją.
wypychamy słowami ramki nekrologów
i może nas powstrzymać tylko kwarantanna.

tam, za podszewką z czerni, kryje się nadzieja,
że ktoś rozpozna ciebie, powie o mnie chociaż
jedno prawdziwe zdanie (może: wiem, kim jesteś),
nim wyląduję miękko w egipskich ciemnościach 
wyciszony jak wnętrze luksusowej trumny.


czwartek, 29 listopada 2012

Nic, które nigdzie jest - i jest bez końca




Perkolacja [Dziewiąty]




cisza mnie najedzie, jak wrogie mocarstwo
najeżdża tubylców pogrążonych w sadach,
lub niechciani krewni w drodze na cmentarze,
kiedy ich dotknie miesiąc zakażony wodą.

znicze to początek innej opowieści,
w której ogień leczy rany, a powietrze szarpie
małymi chłopcami na smyczach z latawców
- ściągają ich głosy matek przy kuchennych stołach.

zostaje piaskowiec otulony mchami.
łuski odrastają, a wyschnięte skrzela
znów wypełnia wilgoć. milczenie porzucę
dopiero nad brzegami opuszczonych sadów.

jestem tubylcem w smutku, bo to czułe miejsce

wtorek, 27 listopada 2012

Mgła pełznie po kamieniu twardym, stale i stale






Anizotropia II. Sonet fly by wire



Kto zgubił perłę, niech ją teraz goni.
Może się toczy po mglistych lotniskach
tuż za światłami na pasach startowych,
gdy ciemność zgniata księżyc jak batyskaf.

Kto perłę zdradził, niech jej teraz szuka,
nim cło nałożą podstarzali chłopcy
i poszarzeje rozpięta na płótnach,
wbita na język z niderlandzkim ostrzem.

Kto perłę znalazł, niech jej dobrze strzeże,
bo się prześliźnie pomiędzy palcami,
a potem umknie w jakimś drimlajnerze,
gdy mgła opadnie jak mokry aksamit.

Kto jest okrutny, może własną stworzyć,
bo w każdej perle drzazga, ból i słodycz.

czwartek, 8 listopada 2012

You taught me language, and my profit on't Is, I know how to curse






Lupara [a tergo lupi]




Chcę wydrzeć z siebie wilka, bo zostawia wszędzie
 fragmenty szorstkiej sierści i krople posoki,
 kładzie pod twoim oknem, rozpoczyna koncert,
 a niebo śni się łatwo, jak przetarty worek,
 z którego cieknie ziarno, spadając na drogę. 

 Chcę wydrzeć z siebie wilka, co nie jada z ręki
 i nie szykuje mrozom powitania solą,
 chleb zachowując skrzętnie dla spóźnionych gości
 - kiedy wreszcie nadejdą, zima cicho pęknie,
 spocznie pomiędzy krami do kolejnej bieli.

 Chcę wydrzeć z siebie wilka, żeby padł od razu,
 zamiast męczyć się długo i brudzić skowytem
 jasny kawałek nici, spinającej brzegi
 oczu zaszytych w lesie, gdzie mogę bezkarnie
 zginąć z własnego życia. Być bez odpowiedzi.