Nie myślałem w 2016, że to w Polsce się tylko spotęguje.
Herzlich Endlösen
witajcie w piekle na sześć liter, gdzie jezus ledwo zwykłym żydem
i z nienawiści wciąż umiera w kokonie z ognia lub jedwabnie
snując się w niebo w tłustym dymie, a w czoło wbite ma celtyckie
ciernie o złudnym kształcie krzyża i spod nich nawet krew nie płynie,
bo dawno opróżniony kielich, gdzie gorycz skrzepła wraz z gorczycą
musztardy zwykłej po kielecku czy majonezu z jaj rozbitych
jak głowy pałką lub obuchem na dzikich polach, których bezkres
otwarty niby pszenna bajka z internetowym płynie hejtem
na nutę jeszcze nie zginęła, co miesza się z jeszcze nie rzucim
i tylko nie wiesz czy kamienia, i dobrze nie wiesz czy bez winy,
lecz gdy gorączka trawi tęcze, na szarej ścianie obok gwiazdy
odczytasz znaki dla prawdziwych wyznawców grozy – witaj w piekle.
Wiersz bez tytułu
powszednia nasza nienawiści,
która się jak opłatek łamiesz
i niby pleśń na skibce kwitniesz,
przebiegle zatruwając pamięć
ojczystą oraz osobistą,
a potem wiążesz język z sercem
w splot, co ma zastępować bliskość,
a tylko rani nam najcelniej
szyje – pod nimi tłusty okap,
braterskich przewin kamień wisi,
a niżej śpiew, że jeszcze polska,
powszednia nasza nienawiści.
Jądro miałkości
Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe o świcie pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Paul Celan „Fuga śmierci”
mielemy kości trzeci dzień i już niewiele pozostało,
ot, na języku gorzki smak, mało znaczący biały nalot,
a nasze usta są jak młyn, a w nich nienawiść – młyński kamień,
który rozetrze wszystko w pył, nie zostawiając śladu prawie
po tym, co wpadło nam do ust, przez zaklejone woskiem uszy,
przemyślnie omijając mózg i naciskając niefortunnie,
na wzdęty balon, gdzie krew z krwi co chwila się z podłością brata,
słowem za słowo, bluzgiem w bluzg, przekleństwem za przekleństwo płacąc.
te boże młyny naszych warg, podniebień świństwem rozszczepionych
pracują skrzętnie dzień po dniu, gasząc nadziei słaby płomień,
że może jeszcze miejsce jest , gdzie można przed tym szybko uciec
zanim wzniesiemy chiński mur z wyspowiadanych gładko sumień,
który odgrodzi nas od nas w daremnej próbie oddalenia
momentu, kiedy pusty wrzask nasiąknie bielą i czerwienią
na widok rozdziawionych gąb i oczu przesłoniętych złością,
bo zrozumiemy – cały czas mełliśmy nasze własne kości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz