Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja
Κομνηνός Κασταμόνου
Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος
Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo
środa, 4 marca 2020
środa, 26 lutego 2020
Na czwartek - jak zwykle w ten dzień każdego roku
Czwartek z popielnika [M.I.A]
Because I do not hope to turn again
Because I do not hope
Because I do not hope to turn
T.S. Eliot Ash Wednesday
I
ponieważ nie mam zamiaru powracać
ponieważ nie wracam
ponieważ nie powrócę w sposób zamierzony
nie w moich rękach łaska
nie w moich nadzieja
kto inny trzyma klucze i pogasi światła
odmówi pacierz za nieobudzonych
na czas zbyt krótki by przesiąkli nudą
ponieważ nie chcę wiedzieć
i nawet nie szukam
odpowiedzi na żadne z niezadanych pytań
ponieważ nie wiem czego właśnie nie wiem
to tylko ufam że się mijam z celem
i jakiś miałem na samym początku
kiedy zerwany ze snu lądowałem z krzykiem
na suchym brzegu poza moją matką
i jeśli głos mam czasem zadziornie za głośny
ze strachu że się zdarzę jeden raz za dużo
to będę milczał aby nie pamiętać
by się nie przejąć wyciekaniem życia
z każdym oddechem świtem czy godziną
bo po nich sąd się zbierze i srogo ukarze
za niedotarcie we właściwe miejsce
na pusty peron zapomnianej stacji
i niech się nikt nie modli za mnie teraz i w godzinę
i niech się nie nikt modli za nie swoje grzechy
II
trzy czwarte życia – jak wzór na posadzce
w białe lamparty – lekko już wyblakły
a każdy fragment układanki błaga
o renowację albo choćby dotyk
włosia już dawno wyliniałej szczotki
w paninej ręce bo przecież dziewicza
czystość gwarantem źle przespanych nocy
w których ożywa jeden fragment z kości
a w myślach mowie ale bez uczynku
przecudna krzyczy daj mi daj mi jeszcze
donner und blitzen fik miś fik miś fik miś
w białej sukience na weselnych stołach
pomiędzy tortem i pierwszym rosołem
wszystko na opak lecz z przewrotnym sensem
a potem panna och dziewica matka
puchnie przez dziewięć przez dziewięć się mnoży
a gdy nadejdzie ostatnia godzina
raz pierwszy w ciszy – po wiatyku – tyje
i tylko czuje gorzki strach nad ranem
że to co wyda będzie roztrwonione
a pierworodny każe nazywać się zbawcą
III
widok ze schodów jest jak wywyższenie
tania parodia wniebowzięcia pełna
obaw o puentę bo zamiast paruzji
na śliskich stopniach czai się upadek
którego nie złagodzi nawet rym z rekinem
i ciemnością w języku szoła á szekspira
czy zgrabna zmiana rytmu która łatwo zmyli
mniej wprawne ucho widza nieboskich komedii
sensem jest rozpacz
ona bierze wszystko atu i blotkę
wysoką czy niską bez licytacji
bo nie ma przetargu
na nowe przyjście
sensem jest nadzieja
która nas okrada z resztek rozumu
dając głupie rady zamiast rozwiązań
i każe powtarzać bezduszne mantry
nie jestem godzien
nie jestem godzien
ale powiedz tylko słowo
nim padnie nam zasięg
IV
baranek zaległ znowu na szerokiej drodze
z pękiem fiołków w pysku na trzy dni nie więcej
pod czujnym okiem kamer które od zła strzegą
zjadaczy chleba z masłem wierzących w znaczenie
oglądalności boskiej i ludzkich sondaży
umiera wtedy kiedy nikt nie patrzy
nikt nie kupuje prochów na potencję
biegunkę kaca i kremów na zmarszczki
umiera kiedy nie oglądasz świata
jaki ci wciska spec od marketingu
a jego imię nosi każdy pocisk
i palec którym zręcznie zmieniasz kanał
błogosławieni którzy nie widzieli
i nie nabyli
oni z nim ułożą
ramówkę pełną samych dobrych nowin
V
nic nie zmieni świata nawet jeśli wróci
nawet jeśli zmieni swoje pierwsze słowo
bo już utraciło sens pierwotną siłę
możemy więc powtarzać załamując ręce
panie nasz panie cóżeś nam uczynił
panie nasz panie co ci zrobiliśmy
a w odpowiedzi wraca tylko fraza
sovegna vos gdy rozum zawodzi
i nic nie widać w mroku gdzie rodzi się piekło
ponieważ nie mam zamiaru powracać
ponieważ nie wracam
ponieważ nie powrócę w sposób zamierzony
ponieważ nie będzie już do czego wracać
pomiędzy zyskiem nadzieją i stratą
i jeśli głos mam czasem zadziornie za głośny
to nie od krzyku bo ostatnie słowo
ma tylko cisza która następuje
jak słoń na grzbiety dźwiękom
gnając je na koniec
szczelnej komory wypełnionej gazem
a teraz słowo niech wraca skąd przyszło
z niewielką adnotacją adresat nieznany
z tomiku: Madafakafares (GSW BWA Olkusz 2014)
z tomiku: Madafakafares (GSW BWA Olkusz 2014)
wtorek, 28 stycznia 2020
wtorek, 24 grudnia 2019
Corocznik, wigilijnik
Opowieść wigilijna [z
opuszczonym rymem]
przy moim stole same wolne
miejsca,
puste nakrycia, które nie czekają
na postny pieróg czy na łyżkę
barszczu,
a między nimi snuje się kolęda,
nader szczęśliwa – tak jak łuska
karpia
wsunięta niegdyś w przegródkę
portfela
ta noc jest głucha i od dawnych
inna,
wprost spod ogona sfałszowanej
gwiazdy.
uparcie milczy, choć powinna
znaczyć
więcej niż prezent czy dobra
nowina,
zdjęcia schowane na półkach pawlaczy
lub zapomniana od dawna choinka.
nic się nie rodzi i nic nie
truchleje,
kevin wprost z domu jedzie do
betlejem.
piątek, 6 grudnia 2019
Każdy świr ma swój kraj
Weselność [dmowszczyzna]
( …) ale Świętości nie szargać,
bo trza żeby święte były
bo trza żeby święte były
Stanisław Wyspiański Wesele Akt II Sc. 7
do pewnych wersów trza dorosnąć
jak do najgorszych obowiązków
i dżizas kurwa ja pierdolę
brzmi jak litania bo tu polska
i nic innego już nie będzie
nic nie wyrośnie na ugorze
tak doskonale powtarzalnym
i byle by nie było gorzej
więc módlmy się o łaskę trwania
o szczyptę komy znieczulenia
dopóki nosi nas ta ziemia
najczulej całowana w płytę
lotniska w zaoranym mieście
co zdechło zaraz po proteście
i nie wydało z siebie krzyku
bo krzyczy się przy narodzinach
kogoś wielkiego gdzieś w stajence
w zupełnie innej okolicy
a tu się doskonale milczy
zwłaszcza na okoliczność ciszy
bo tylko ona tu nie kłamie
nie raniąc przy tym i rozsądku
tak nie do taktu nie po polsku
sobota, 30 listopada 2019
Zanim skończy się jesień
Wspomnieniowo
Sine są niebiosa, obietnice królestw
Oto już jesień i pora umierać
William Shakespeare – Sonet 71
oto już jesień i pora umierać – szepcze Alicja, córka diabła
(ma zsiniałe usta, jakby trzymała w nich wodną farbę,
którą zacierała miejsca, gdzie ptaki modliły się w lecie).
jestem zmierzchem, wiernym cytatem ojca
tkwiącego pod ziemią w labiryncie kretowisk. mieszkam w
górze,
a ogrody wciąż do dachów przywiązane dymem.
zapach wędrownych ognisk kłuje ryby tuż nad linią żeber.
za ten tatuaż zapłacę resztkami bajek i kryształem
lapis lazuli. porcja goryczy spływa na mnie każdego ranka
z ramion zbitych na krzyż belek. sine są niebiosa
i puste jak obietnice królestw, a mgła pachnie szlamem,
stertami śliskich liści w parkowych zaroślach.
oto już jesień i pora osłuchiwania pustych ściernisk.
po mojej stronie bije serce uśpionego jeża,
stroszą się łodygi ostów i pordzewiałe kolce
cmentarnych ogrodzeń. za nimi leży coś złudnie ciepłego,
więc rozgrzewam usta szeptem
– ojcze zabierz ode mnie swój gorzki pazur.
z tomiku Madafakafares (2014)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






