Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 12 stycznia 2016

Au revoir sur Mars Ziggi!

Wiersz sprzed chyba dwóch lat. Powstał z inspiracji wierszem Anny Piwkowskiej, bo ciekawiło mnie, co się dalej działo z bohaterką wiersza, a przeczuwałem, że nie może się stać nic dobrego. W środku znalazł się wtedy nieoczekiwanie David Bowie i tak już pozostał, a życie kilka dni temu dopisało nieoczekiwaną puentę.
Wiersz już kiedyś tu publikowałem.
Dobranoc Książę! Au revoir sur Mars!







Life on Mars

And lady stardust sang his songs
Of darkness and disgrace
David Bowie Lady Stardust

Annie Piwkowskiej


Nie zabił jej pająk przypięty do szpitalnego łóżka,
ani różnica ciśnień, kiedy zanurzała twarz w dłoniach,
nucąc czy jest życie na Marsie?. Wrzesień się otwierał
jak butelka wina jabłkowego - z lekkim szelestem
pokruszonych liści.

Przypomniało jej to letni ogród, starego mężczyznę
stojącego w oknie domu, który oplatała czule winorośl.
Gdy ćwiczyła forhendy pies gonił za każdą piłką
znikającą w trawie, a winyl lekko trzeszczał
przy frazie z refrenu  czy jest życie na Marsie?.

Wtedy też pakowała tylko jedną torbę z błękitną
sukienką i rakietą (w pełnej gotowości do startu).
Wakacje na obcej planecie, ślady jagód, które seter,
rudy jak piaski, zmywał szorstkim językiem,
były pożegnaniem przed ostatecznym zniknięciem.

Został po niej Ziggi na starym plakacie
z ledwo widocznym napisem: czy jest życie na Marsie?

piątek, 8 stycznia 2016

Darkness cover me, deny everything

Gdzieś się mi zapodział - z tego powodu otwiera  na moim blogu nowy rok.





















Nie ma [ość]

Brodskiemu i ciemności

te rozbłyski smartfonów w ciemnym autobusie
jak ślady po kolizji  odległych galaktyk
wciąż docierają do nas z takim opóźnieniem
że dawno już ich nie ma nie istnieje droga
i nie ma po co wracać nie ma i do kogo
nikogo wokół nie ma gdy zapada ciemność

każdy ma własny kosmos wyrzeźbiony w krzemie
który się kurczy nagle do rozmiarów punktu
najlepiej widocznego gdzieś na końcu prostej
lecz nawet prostej nie ma kiedy mięknie droga
skrapiana rzadkim deszczem dalekim do wiosny
i dźwiękami sygnałów że ktoś ma wiadomość

osobność tej podróży w nicość i bez celu
jest okrutna jak rozbłysk na małym ekranie
a pięć cali to dystans nie do pokonania
nawet przez wiązkę światła więc nas wcale nie ma
i nie ma po co wracać nie ma i do kogo
przez wypełnioną niczym najlepszą rozdzielczość 

---------


środa, 16 grudnia 2015

This is how we go about it to make our heads explode

Kolejny listopadowo pokonkursowy





Canto o płomieniu [idy sierpniowe]

Enola Gay
Is mother proud of little boy today
OMD Enola Gay

I
włosy matki enoli są w kolorze ziemi
ognistej niby tyczka, po której się wspina
popiół ze ślubnej sukni, a idy sierpniowe
nie mają w sobie krztyny krwawej zawartości
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

goście weselni jadą w cztery konie, z błyskiem,
lśni aluminium w słońcu jaśniej niżby tysiąc
gwiazd co prowadzą mędrców do szpetnych stajenek,
slumsów stawianych w mroku przez nienakarmionych 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

tam na granicy chłodu, gdzie tlen zbyt leniwy,
by płynąć w ludzkich żyłach wraz z krzepnącą cieczą,
tkwi w luku zgniły owoc z drzewa wiadomości
dla małych chłopców, którzy uwierzyli w rozum 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

zrzuca się nam sumienie, jak wężowa skóra,
zbyt łatwo i swobodnie, byśmy doczekali
optymistycznej puenty o matce enoli
czekającej na rozkaz powrotu do bazy
– więc niech się chwali cząstka rozbita na cząstki.

II
widziałem zdjęcia miasta startego na miazgę,
widziałem inne miasto zepchnięte w kanały
pełne tłustych fekaliów i much tnących fetor
ciężki niczym zasłona wieszana w świątyni
na moment przed rozdarciem, w dzień zbawiennej kaźni.

nie słyszałem wystrzałów gasnących w ruinach,
ani dziarskich piosenek śpiewanych po latach
zbyt łatwo, patetycznie, o tym, że umierać
est dulce et decorum, choć bywali wiedzą,
jak słodko śmierdzą płytko wykopane groby.

i nie ma już znaczenia, co w komorze niesie
srebrny ptak z aluminium, i na czyje głowy
spłynie jasność jasności, która wciąż się staje
dokładnym zaprzeczeniem pierwotnej intencji,
skoro ręka bez grzechu i tak rzuci kamień,
nie pytając o winę (albo o brak winy).

III
półnagi król jaszczur, stroszy bujne loki
i wzywa jeźdźców burzy na słomianych koniach,
do chatynki w Betlejem, gdzie był urodzony,
a w ręku ma dymiący od głosu mikrofon.

śpiewa o ukochanej, co zapali płomień
unoszący się górę jak słoneczna kula,
zabójcach ukrytych na rozstajnych drogach
o krok od zrozumienia, że jest tylko koniec

niesiony niby dziecko przez oblubienicę,
pannę młodą w welonie utkanym z popiołu
tuż po sierpniowych idach, weselach żałobnych
rozszczepionych na cząstki niewarte złączenia
- nasze cienie na ścianach roztopionych domów.


















piątek, 4 grudnia 2015

Prawiem jak wieszcz, prawiem jak prorok

Taki sprzed dwóch lat , hm, ponad dwóch lat. Z maluteńką aktualizacją.





Chamlet. Wiersz Nikodema D.


w tym kraju żyć nietrudno, grać na mandolinie,
być prezydentem, zbijać bąki w parlamencie,
bo po co łamać głowę – niczym powiatowy
chamlet nad zawiłością zasad ortografii.

to wcale nie wymaga krztyny charakteru.
wystarczy łapać życie za pysk, a oksfordzkie
bubki brać pod obcasy i dla paparazzich
zrobić głupawą minę biegając za piłką

albo wynaleźć brata – przaśnego bliźniaka
­– poległego na chwałę zgniłej republiki
o niepewnym numerze. potem już do woli
można używać haseł i pojęć jak cepy.

frak leży na mnie zgrabnie. to tylko kaganiec,
pod którym sprytnie skryłem buraczane ciało.
w ustach mi szybko więdnie bóghonorojczyzna
– tuż za rogiem wawelu lub innych powązek,

gdzie mnie kiedyś położą na ojczyzny łono 
samogonnego mefista w leninowskiej kurtce
  

poniedziałek, 30 listopada 2015

Born to run

Pojarzynowo, jeden z nowszych. 






Born to run


Where we really wanna go
And we'll walk in the sun
But till then tramps like us
Baby we were born to run
Bruce Springsteen Born to Run


w ażurach liści galopuje światło
sącząc żółcienie, wojsko po wsiach stoi,
to już ta pora, kiedy dzień się kurczy
tuż przed ucieczką na drugi brzeg roku,
gdzie możesz ze mną kochać się najbardziej
na całym świecie na śmierć telewizji,
odkąd pod kurzem zdechł wściekły odbiornik,
a w nim gromady wędrujących ludzi,
wyborcze gęby i złe wiadomości.

przez te koronki tętni szybkie światło
o barwie miodu, po wsiach stoi wojsko
i dni się łatwo, zbyt pospiesznie sypią,
kiedy mnie bierzesz w swój wykwintny nawias
żywcem wycięty z ciepłej kamasutry
poza zasięgiem wystrzelonych rakiet,
a ja się staram, by nie padło słowo,
które odbierze pokój i niepokój,
wprost nazywając nam słoneczną porę.

i prawie słychać to siarczane drżenie,
opada ażur, stoi wojsko po wsiach,
więc zastygamy w pozach do odlotu,
a to rozstają się z nami wspomnienia
z ciepłych poranków, gorących wieczorów,
co aż się proszą, by dobrze zrymować
i zgrabnie sparzyć żeńskie razem z męskim,
zanim zaniknie nam tak nieintymnie

światło w twych włosach pod moim dotykiem.


----------------------


czwartek, 26 listopada 2015

And the night comes on

Kolejny zaległy, pokonkursowy.




Żeglując do Celebrity Splash

Of what is past, or passing, or to come
William Butler Yeats Sailing to Byzantium

I
ten kraj jest do niczego (czytaj: dla nikogo), młodzi
żeglują w inne miejsca, starzy pozostają
w swoich kątach, czekając aż ręce załamie
nad nimi jakiś zbawca, gdzieś tam, w wielkim świecie,
mijają pory roku, a bogurodzica
brzmi lepiej po remiksach lokalnych didżejów.

II
raz uwolnione zło powraca w kolejnych odbiciach,
przewidywalne do bólu, więc ściszając fonię
w cyfrowym odbiorniku przewidzisz dokładnie
treść kolejnych bajeczek, baśni i podsłuchów,
obiecanek-cacanek, a głupim wciąż radość,
że można bezkarnie zanurzać się w błocie
jak śmiertelnie ranne zwierzęta z pętlą drutu na szyjach,
a stopy wciąż drgają o cale nad ziemią, łopoczą
w rytm mazurka, choć nikt nie pamięta
więcej niż ze dwie zwrotki z echem póki póki.

III
o gaude mater, zwana potoczyście kurwą,
odmieniana przez wszelkie możliwe przypadki,
na sto głosów i więcej,
o wielki przecinku, boski przerywniku
myśli, mowy, uczynków, nasza wielka wino,
wyrzucie pszennoburaczanych sumień,
ty jesteś nigdzie, ty jesteś prawdziwą ubulandią
– ojczyzną słusznie znarowionych koni
i jeźdźców bez głowy, którym jakiś błazen
przyszył na plecach skrzydła, dla smutnego żartu,
a potem wypuścił do szarży na wiatraki.
boże młyny mielą w tobie najmniejsze dobro
na niestrawną papkę
pod okiem obojętnych na wszystko lekarzy.                          

IV
osmolona  kolebka ciągle się kołysze,
wiatr plecie smalone duby w postarzałe uszy
i słychać w tle dźwięk skrzypiec 
(skrzypi na nich chochoł w koronie cierniowej,
co miał chronić róże przed zbytnim wychłodzeniem),
lecz jest do niczego i dla nikogo całkiem
słomiana piosenka w zapustnej krainie,
a po niej rym się wsącza skradziony przykładnie:
co nie przeminęło, nie mija, nie minie. 

 ----------------------------------