Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


poniedziałek, 26 października 2015

Kraina ostów - wiersz dla skacowanych powyborczo



 Jeden z nowszych (dla odmiany).


















Kraina ostów [Requiem dla Pana Cogito]


Cogito dawno umarł, może nigdy nie żył,
bo w tej ziemi osobnik o mądrym obliczu
nieodmiennie wygląda jak niesmaczny dowcip
lub pawie pióro wpięte w berecik z antenką.

Nigdy nie żył, dlatego lokalni Chińczycy
w swoich klitkach z betonu trzymają się mocno
wszystkiego co najbardziej, najzwyczajniej spsiałe,
wybierając nad wolność krany z ciepłą wodą.

Cogito by nie przeżył ani pół minuty,
w swojskiej krainie ostów: ene due rabe,
gdzie kwestię smaku grzebie łaciński przecinek
wpychany między słowa jak skarpeta w sandał.

Nawet kredowe koło na startym chodniku
to szubieniczna pętla, w której by zawisnął
grając w te same klasy i bezradnie płacząc  
nad śmiercią filozofa przy zgaszonej lampie,
więc nigdy go nie było – z naciskiem na ergo.  

piątek, 23 października 2015

A wedding dress or something white



kolejny, kolejny, kolejny





Pieśń o rymach najprostszych [a a a]

przez T. Nowaka


we śnie otwiera mi się sad
a za nim jesień cała
którą bym łyżką chętnie jadł
prosto z  twojego ciała

a twoje ciało jest jak śnieg
topnieje pośród nocy
ściekając z mroku poprzez biel
prosto w głąb mojej głowy

a tam otwiera mi się sad
i ty otwierasz cała
pełna jesiennie ciepłych barw
prosto ze skórki jabłka

a nie zasłania mi cię nic
nic mi się nie ukrywa
gdy się w ciemności snują sny
proste jak naga trzcina 

otwiera mi się gorzki lęk
że mi stopniejesz cała
zanim cię twardą łyżką zjem
prostą z mojego ciała

i wszystko strasznie proste jest
ciało i rym co kończy pieśń

wtorek, 20 października 2015

A hand-me-down dress from who knows where to all tomorrow's parties



Kolejny zagubiony w czasie wiersz






Pierwsze czytanie z Pawła [zaimię 3]


skóra niech będzie twoim alfabetem
pod moją dłonią zmieści się opowieść
że tu byliśmy do każdego końca
mocno i jasno bez żadnej przenośni
choć ze mnie ślepiec na krawędzi światła

jak opowiedzieć taką małą podróż
po twoim brzuchu w górę aż do sutków
lub w dół do delty kiedy ciemność parzy
się z marzeniami wciąż nie chcąc rozmnożyć
ust ani palców bym mógł czytać więcej

a może droga w miejsce tuż za uchem
dla ust spierzchniętych będzie tą ostatnią
wędrówką z iskrą z damasceńskim żarem
przed szczytowaniem zanim język zbudzi
głoski pierwotne ślady alfabetu  

nim spłyną słowa naszej opowieści

czwartek, 24 września 2015

Just So You Know

 Kolejny remanencik

all it was was something beautiful
when tides and dreams dont seem so tall at all


















Największy, chłodny sklep [superlativus]


Larkinowi


przed burzą niebo dymi poparzone czernią
a ja się wtedy boję że już nie poczuję 
niczego oprócz chłodu w wypasionym sklepie
z pełną klimatyzacją w najlepszej galerii
handlowej w centrum miasta gdzie tłum tak pulsuje
w sobotnie popołudnie jakby koniec świata
miał nadejść z wyprzedaży w dajwersie haemie
lub innej tajemniczej marce odzieżowej 
z tysiąca jednej nocy z milionem drobiazgów 
tuż obok kawy lodów do taktu muzaka
gdy w górze dymi niebo i pnie się nad dachem
spłaszczonym od popytu w mariażu z podażą
a ja się ciągle boję że zaginę w chłodzie
i już mnie nie odszukasz zabiorą mnie schody
niebezpiecznie ruchome przebiegłe granice  
pomiędzy naszym życiem i tym co je kończy
wtedy nagle przystaję bo śmierć z wyprzedaży
przywodzi na myśl szorstki powszedni materiał


-----------------

poniedziałek, 21 września 2015

The number of the beast? 777

Kolejny zapóźniony, zapomniany, zaczekany wiersz.



Syndrom sztokholmski [z krótszego]


oto cis, oto łaska nawiedzenia duszy
– domu bez drzwi i okien, a księżyc, jak drzazga,
utkwił, wbity pomiędzy wygięte gałęzie,
i coś się sączy ponad dachami miasteczka
przy szosie ekspresowej z nadmiarem siódemek,
a przecież to na szczęście, dobry znak i omen.

powyżej cisu  niebo i zachłanna wieczność
– w niej szeroko zamknięte, gorejące oko
z odklejoną siatkówką, co schwytała grzechy
rzekome i prawdziwe, gdyż musi utrzymać
sztokholmskich niewolników w dzbanie zbyt pojemnym,
by z dna mogli dosięgnąć do zbawczego brzegu,

zanim ich nie przybiją rachunki sumienia,
do powszedniego krzyża – jedno ramię śmierci,
a drugie ramię seksu, reszta się przyklei
samą wiarą w nadejście jakichś lepszych czasów,
kiedy na numer konta, podany w rubryce,
wpłynie choć mały procent z rozliczeniem rocznym.
  
jest jedna najpewniejsza droga ocalenia:
zamknąć drzwi, kupić bilet i nigdy nie wracać,
nawet dobrą pamięcią, bo tu na rogatkach
diabeł otwiera wrota smutnego miasteczka
z nadzieją, że przyjedziesz mocować się z bogiem,
który codziennie wlewa między uda matek

kielich pełen goryczy.