Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


czwartek, 27 października 2011

chciałem ją zanurzyć w gorącej porcelanie


chciałem ją zanurzyć
w gorącej porcelanie
Karol Samsel  Meredith





Alicja już tu nie mieszka


Dokłada nowy kamień do stosu kamieni,
nachyla się w upale, sięga między grządki,
mamrocze, zrzędzi, gleba wciąż wypycha na wierzch,
pod rękę, niepotrzebne skrawki i kawałki,
które lśnią w słońcu słabo (jak oczy tej małej).

Zaciska ciasno dłonie, chwyta jakiś korzeń,
który wrósł nieporządnie między linie dyni,
pełznąc jak cienka linka od krzaku jałowca
przez klomb kwiatów niebieskich (jak oczy tej małej),
i czuje mdlący odór. Jakiś ptak tam leży,

co spadł, chyba przedwcześnie, nad dziobem dwa szkiełka
ciemne i zmatowiałe (jak oczy tej małej).
Pójdzie potem do ziemi, ona przyjmie chętnie.
Mimowolnie, na samo wspomnienie, spogląda
w kąt ogrodu, gdzie kopczyk kamieni ukrywa

(oczy tej małej) więcej. Potem mocno szarpie  
bladoostre łodyżki i wyrywa chwasty
- też chciały zdusić życie. Gumy rękawiczek
nic nie przetnie, a wtedy pewnie złapie wszystko,
co krzykiem może zburzyć harmonię ogrodu.

Rozgniata gniewnie w palcach jakiegoś owada.
Zostaje tylko smuga, czerwona, okruchy
chityny słabo błyszczą (jak oczy tej małej).
Lekko naciśniesz - trzaśnie, odejdzie, nie wróci,
a  kołysanka, skalny okruch, rośnie w ciszy.

Gasi melodię w głowie (jak oczy tej małej),
wstaje, prostuje plecy, a potem dokłada

- do stosu kamieni jeszcze jeden kamień.

środa, 26 października 2011

Ja pokażę ci coś, co różni się tak samo od twego cienia




Dekalog z króliczej nory


unikaj krecich ścieżek sennych zapowiedzi
nocy stłuczonych odbić w szybach pustych domów
zamszu unikaj wściekłych marzeń i czerwieni
wilczej sierści i tego co zaciera tropy
w rybich głowach unikaj gniewnych spojrzeń kiedy
szepczesz do siebie w rękaw potłuczonych stopni
przebiśniegów i małych dorosłych unikaj

unikaj śpiewu wrzącej wody w tanich gwizdkach
świateł w lodówkach grzybów i grających kartek
kołder unikaj kwiatów dźwięków które słychać
przez papierowe ściany bierz mnie szybko wal mnie
i rżnij mocno unikaj piany co ubita
z solą dosypią zapach chleby już nie takie
świeże jak dawniej i wszelkich unikań unikaj

poniedziałek, 24 października 2011

Nobody's diary


If I wait for just a second more,
I know I'll forget what I came here for,
My head was so full of things to say,
But as I open my lips all my words slip away



Alicja w zimie

Ten pies się nie domyka, cały biały, w śniegu,
trzykropki małych plamek na nim, jak zwietrzała ospa,
odpadną, gdy ukradniesz wilgoć, poszarzeją,
skurczą się i pies zniknie. Cisza jest bezbronna,

gdy ten krzyk, rozpostarty na moich ramionach,
tak faluje (przebiegam po zatartych śladach
wstecz głowy, gdzie tak łatwo w głosy się zaplątać).
Kto pan jest? W jakim celu? Tu się łatwo wpada,

trudniej wyjść tak do końca, do samego siebie.
Oni widzą i słyszą, wszystko, bez różnicy,
przez telefon i radio, nawet kaloryfer.  
W satynowych kagańcach przyjdą po mnie wilki.

Pisk opon przed blokiem,
wycie, będzie jazda.  



Nobody's Diary

środa, 19 października 2011

Ptaki, zwierzaki pod drzwiami stały, jak do nich strzelano, to umierały



kroniki marsjańskie


in vino veritas i dlatego płynie z każdego nacięcia
żelazisty strumień – nuci Alicja – bo tak uciekają
nędzne psy i poeci wraz z ostatnim skurtzem
dla nich jest czarne mleko w obtłuczonych miskach
i słomki przewiązane cienkim złotym włosiem
trafiają prosto w usta rozbryzgując myśli 
na ścianie za pospiesznie przewróconym krzesłem

życie to tylko pralnia niepotrzebnych złudzeń
kiedy mówię do ostrza wcale nie chce słuchać
o tym i mnóstwie innych poważniejszych rzeczy
cień wchodzi między kafelki jak zszarzała
fuga  sypie popiół na łyse głowy kobiet
za drutami wpychając do oczu obrazek
znaleziony w sieci – dym z komina nad brzozą

nie mogę uciec z głowy więc staję się lotna
niby gaz co rozpiera ściany balonika
przez szybkę wizjera widzę twarze obcych
– zasnęli z nadzieją bo gdzieś jest nadzieja
nieodebrana z pralni zapomniana paczka
z wypisanym numerem matka pod poduszką
trzyma wciąż zdjęcie dziecka w wełnianej czapeczce

środa, 5 października 2011

Musisz wiedzieć: inni bogowie nadali imię wszystkiemu

Alicja się rozrasta  
- dziś kolejny z cyklu, za jakiś czas wkleję całość tego, co się zalicjowało do tej pory...
   

   
Ciało nosi nas za nic


Alicja leży w łóżku i czeka na przyjście
czarnego psa – zbawiciela o nadżartej lufie,
który wypełni usta metalicznym smakiem
magnum. przed snem zamiast baranów
liczy głośno: trzy, pięć, siedem, ognia

sztuka tracenia staje się nawykiem.
po Kurcie został przester i wymowna cisza
w osiemdziesiątej drugiej minucie płyty.
od tej pory Alicja celebruje wszystkie pożegnania,
a po nich moment, w którym kamień przesłoni otwór

w skale. ten czarny pies zna miejsca, gdzie szybko
dojrzewam – myśli Alicja dotykając piersi – a wszystko kusi:
wypij, zjedz mnie. przecież przyjdzie czas na łaskę
i wielkie ważenie: nabój jest parę gramów lżejszy
od rzekomej duszy. trzy, pięć, siedem, ognia.
    

poniedziałek, 3 października 2011

przyłapujemy się w windach, szpitalach, lustrach




gra występna 

ojciec Alicji był kotem, miał jedynie uśmiech.
znikał najbardziej wtedy, kiedy był potrzebny.
matka utknęła w ciemnym pasażu karmiąc szczury
i gołębie. żal to tylko gra wstępna – mówiła
– gdy jest szczery. po nim każdy dzień przypomina
pocałunek przed odjazdem w nieznane.

ojciec Alicji był okiem, kropką na końcu lunety.
pod futrem miał las, który zmieniał ludzi
w mięso wtłoczone między strzępy blachy.
matka tańczyła swoje faux pas na brzegu talerza,
grając na tamburynie dla spóźnionych gości.
piosenka wrzała w niej jak liść herbaty.

ojciec Alicji był szczery, lubił krew baranka,
wypijaną chyłkiem w dworcowych zaułkach.
matka znosiła wszystko, nawet kiedy prosił
o ocet i przebicie dłoni. brakowało jej siły,
by odmówić nad nim parę zaklęć, gdy ciało
zdradzało ją z kolejnym przechodniem.

północ nigdy nie ulega łatwo – myśli Alicja
burząc dom z kostek domina – ostrzy nas na zapas.

piątek, 30 września 2011

ojcze zabierz ode mnie swój gorzki pazur


sine są niebiosa, obietnice królestw

Oto już jesień i pora umierać
William Shakespeare - Sonet 71



oto już jesień i pora umierać - szepcze Alicja, córka diabła
(ma zsiniałe usta, jakby trzymała w nich wodną farbę,
którą zacierała miejsca, gdzie ptaki modliły się w lecie).
jestem zmierzchem, wiernym cytatem ojca
tkwiącego pod ziemią w labiryncie kretowisk. mieszkam w górze,
a ogrody wciąż do dachów przywiązane dymem.

zapach wędrownych ognisk kłuje ryby tuż nad linią żeber.
za ten tatuaż zapłacę resztkami bajek i kryształem
lapis lazuli. porcja goryczy spływa na mnie każdego ranka
z ramion zbitych na krzyż belek. sine są niebiosa
i puste jak obietnice królestw, a mgła pachnie szlamem,
stertami śliskich liści w parkowych zaroślach.

oto już jesień i pora osłuchiwania pustych ściernisk.
po mojej stronie bije serce uśpionego jeża,
stroszą się łodygi ostów i pordzewiałe kolce
cmentarnych ogrodzeń. za nimi leży coś złudnie ciepłego,
więc rozgrzewam usta szeptem
– ojcze zabierz ode mnie swój gorzki pazur.