Pierwszy występ z "Madafakafares" z oprawą muzyczną już za nami (14.02.). Jesteśmy z niego zadowoleni - ja, Jarek Zarychta i Paweł Matracki. Fuzja klimatów rockowych, jazzowych i miejscami nawet funkowych "zatrybiła", a sądząc po reakcji publiczności - nawet była sporym zaskoczeniem. Teraz przed nami Olkusz - 28.02. o 17.00.
Tu przedruk szybkiej recenzji. Link do oryginału tu: LINKKKKKKK
A pod tekstem zdjęcia.
"Polityka? NIE! Poezja!
14.02.2015 doman2.0
Nie chce mi się dzisiaj pisać o polityce. Ani o kandydatce Ogórek, która na chwilę wyszła z ukrycia i znów uciekła, ani o kandydacie Dudzie, który mógłby się już schować i nie wracać. Ani o strajkujących górnikach, którym mam dopłacać do emerytur i urobku, czy o rolnikach jeżdżących z biedy na barykady ciągnikami po pół miliona. Napiszę o...
Nie wiem, jakie jest prawdopodobieństwo, że czytasz poezję. Według statystyk, raczej niewielkie. Jeszcze mniejsze, a właściwie znikome, że byłaś/ byłeś dziś wieczorem w bibliotece miejskiej w Radomiu, na wieczorze poetyckim Pawła Podlipniaka.
Tak, wiem! Nie najlepiej wam się kojarzy wieczór poetycki. Nudnawo, sztywno, pretensjonalnie. Tyle tylko, że tym razem trochę inaczej to wyglądało, niż sobie zwykle wyobrażamy.
Paweł Podlipniak, radomianin, rocznik '68 (ach! co to był za rok!) to znakomity poeta. Jeśli nie najlepszy, to jeden z czołowych poetów obecnie tworzących w Radomiu. Wydał właśnie trzeci tomik pod tytułem "Madafakafares". A w bibliotece nie był sam, był liderem tria. Recytowane przez niego wiersze ilustrowali swoimi kompozycjami Jarosław Zarychta na instrumentach klawiszowych i Paweł Matracki na gitarze elektrycznej.
Znakomita poezja, świetnie podawana przez autora (czasem miałem wrażenie, że Paweł za chwilę zacznie śpiewać!), do tego niezwykle ciekawa i subtelna, idealnie dostosowana do nastroju poszczególnych wierszy muzyka - wszyscy trzej stworzyli właściwie spektakl. Niewiele trzeba, by to mogło być prezentowane na dużej scenie. Chociaż, nie wiem, czy akurat w Radomiu...
Bo w sobotni wieczór słuchało tego ze dwadzieścia parę osób. I nie było nikogo z radomskich mediów.
Ci wszyscy, którzy nie byliście - zaprawdę powiadam wam: Macie czego żałować. A jeśli kiedyś dowiecie się, że to trio znów gdzieś występuje, to koniecznie idźcie posłuchać.
Panowie, dziękuję wam za miły wieczór."
Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja
Κομνηνός Κασταμόνου
Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος
Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo
środa, 18 lutego 2015
środa, 11 lutego 2015
Ekstaza św. Franciszka we wrześniu w Warszawie = wiersz okazjonalny
kolejny remanencik z tej okazji:
LINK LINK LINK
LINK LINK LINK
Psalm na stygmaty Franciszka
[omne trinum perfectum]
[omne trinum perfectum]
Fra
Ślepy heliotrop spogląda ciekawie
w rozkołysanych słoneczników twarze,
a ja przyjmuję wszystko to, co dajesz,
nawet gdy boli bardziej niż śmierć, Panie.
Zdejmij się z krzyża, boś ty miłosierny
jak stygmat dany, jak znak nieproszony
zdejmij się ze mnie, o ty, który z chleba
się przeistaczasz w nikłym cieniu drewna
i jeśli coś otrzymać mam,
to niech to będzie światła łan
na jasnym polu kruków chór
i magnificat w kłosach zbóż
El
Nie masz Francuza, Greka, ani Żyda
wszyscy przyjmują jednakowy stygmat
pod zimnym niebem – każdy nosi skrzydła
ale nielicznym mogą one przydać
siły do lotu ponad wzgórzem czaszki,
więc ją ukryłem w tle mego obrazka
jako zapowiedź jedynej ekstazy,
ostatniej iskry, którą kiedyś zgasi
ten, co nam podarował świat
z całą paletą boskich barw
i ziemię posłał nam u stóp
do najdłuższego w życiu snu
Ja
Na śmiertelnej koszuli wyszyła mi matka
wers: never mind the bollocks, chociaż bardziej
chciałem
cut the crap mieć na plecach, ćwieki na
nadgarstkach
i włosy posklejane plakatową farbą.
Kiedy się kłębiliśmy w moszpicie pod sceną,
riffy na nasze głowy sypał tani mesjasz,
krzycząc, że brak przyszłości i nie ma zbawienia,
wokół tylko Babilon, system, który pęka
pod naciskiem słów cięższych od samej miłości,
co jak krew ze stygmatów prostaczka się sączy,
bo trudniej przyjąć
brzemię, jeśli nie masz w sobie
aż tyle dobrej woli, by poznać odpowiedź
na pytanie: dlaczego ktoś wciąż na nas zsyła
nieproszone cierpienie i życie jak stygmat. poniedziałek, 9 lutego 2015
wtorek, 3 lutego 2015
A funeral of dead memory waste
Remanentu za 2014 r. ciąg dalszy.
Psalm tunelowy [widzenie]
nad liter bruzdą - widzisz jeszcze
mój obraz: idę przez powietrze,
a za mną miasto moje idzie.
mój obraz: idę przez powietrze,
a za mną miasto moje idzie.
Tadeusz Gajcy Do potomnego
miejskie chodniki zawieszone
nad popiołami strzegą pilnie
byś się nie zapadł w wąskie bruzdy
którymi sunie w dal niepamięć
każda litera to jest
rana
rozdrapywana przez dzisiejszych
i tych co jeszcze nie zginęli
kradnąc umarłym dni zaduszne
kiedy w tunelu metra wagon
jak kret przepycha się przez ciemność
wciąż słychać szept przydrożnych chłopców
i dziewcząt
zamienionych w kamień
a w górze miasto, zawisając
niby koliber, wciąż się żywi
różową kreską, którą niebo
wypuszcza rankiem ponad dachy
w powietrze ciężkie
od niczego
piątek, 30 stycznia 2015
Zamykam okno, gaszę oko, wyjmuję kulę, stawiam mur
Kolejny zaległy wiersz. W tym tempie publikacji rok 2014 zakończę za rok :)
4.08/16.08
Dla G. i B.
okno, kula i oko - najwierniejsza linia,
która prowadzi chłopców bolskich w sierpniowe noce ku
wieczności
przepowiedzianej im przez matki w wiecznej żałobie
narodowej,
a dalej płynie tylko wisła
i szemrzą dziady, towiańszczyzna,
zły miód się leje wprost na rany szyte grubymi nićmi z lnu.
ten, kto przystanie na tej linii przez chwilę dłuższą od
oddechu
strzelca na krótko przed wystrzałem, kiedy na spuście
kładzie palec,
sam się przekreśli płaską linią, sam się ułoży w nowy wzór.
patos i wieczność nakładają solidny knebel, potem diament
upada prosto do studzienki kowanej ostro, prosto w ścieki,
którymi miasto sobie gada
z prawdziwym światem poprzez wodę.
zamykam okno, gaszę oko, wyjmuję kulę, stawiam mur.
środa, 28 stycznia 2015
Wczoraj była 183 rocznica urodzin Lewisa Carolla = 3 wiersze o Alicji
Z tomiku "Madafakafares"
Poalicja
Alicja pełna piasku kołysze się wolno
jak czapla purpurowa nad brzegiem bagniska.
Deszcz ją przesiewa między korzeniami roślin,
wyczesując paliczki i większe fragmenty.
Każdy z nich opowiada osobną historię:
o zebrach skrytych między rzędami jabłoni
czy brudnych fotografiach, które pastor robił
trzem dziewczynkom na łódce przy Szalonym Moście,
lustrzanej pannie z nożem oraz komu pięknie
szumi kot zakopany pod krzakiem jaśminu.
A gdy skończy bajdurzyć, zanurza się w mroku
i nie wychodzi stamtąd do nadejścia zbawcy.
Alicja się kołysze i szeleści sucho
jak łamigłówka z maku. Nawet mały fragment
może skaleczyć do krwi. Zanim ją ułożysz
do snu wietrznego, ziemia zgasi wzrok i oddech.
Mirra, kadzidło i ałun
wśród nocnej ciszy bóg się rozchodzi niby fale sejsmiczne
jedyny raz w roku – podśpiewuje Alicja – wtedy
szczerze
wracam do zimy tam pod wartkim śniegiem biegnę
wtłoczona między pasażerów podmiejskich pociągów
a na peronie koczują królowie wioząc w walizkach
mirrę kadzidło i ałun by zatamować wyciek dobrych nowin
z jezusa który utknął po niewłaściwej stronie lustra
jak świerkowa igła wdeptana w dywan utkany z wełny
może ktoś zrobi zbawcy pożegnalny tatuaż z niskim numerem
zanim gorycz wytrawi ścieżki w skalistej wyżynie
lecz teraz po torach znów płynie do mnie światło
gwiazdy z podkulonym ogonem canes venatici
Litania do wielkości urojonej
Nie ma snów śnionych
wspólnie
Stanisław Lem
Alicjo,
wieżo z kości skroniowej rozszczepionej strzałem
na drzazgi, które wpełzną pod brudne paznokcie
wyciągając najbardziej intymne zwierzenia
z oddechu zdradzonego o świcie przez głupich.
Alicjo,
panno łaskawsza zimą dla ziaren gorczycy
szeleszczących w poduszkach ludzi bez sztywnego
kręgosłupa z głowami pustymi od trawy
wypalanej na wietrze skostniałym jak skowyt.
Alicjo,
matko pory deszczowej i śliskich kamieni,
ryb rysowanych gładko przez wiernych na maskach
samochodów płonących od rzutu butelką
pełną bliskiego wschodu albo złych skłonności.
Módl się za nami, kiedy suchy opis
zabije czułość skrytą w zagłębieniu dłoni
i pozostanie tylko senne miejsce
po lewej stronie grzyba, które może zmniejszyć
świat do rozmiaru doskonałej próżni.
------------------
czwartek, 22 stycznia 2015
In Mork We Trust
Napisany w zeszłym roku, przetrzymany, by hejterzy nie bzdurzyli o jego koniunkturalizmie.
--------
A pożegnanie tu poniżej
Requiem dla Robina W. [kosmitą byłeś między nami]
I think
you should be serious about what you do because this is it.
This is
the only life you've got
Philip Seymour Hoffman
Śmiertelnie śmieszne filmy o poważnych sprawach
- to się musiało skończyć niewesoło, Robin.
I po co to zrobiłeś? Teraz
będą mówić,
że stchórzyłeś przed życiem, uciekając w miejsce,
gdzie nikt normalny nie chce trafić przed swym czasem.
Lecz jaki czas jest dobry, kiedy spędzasz życie
na zabawianiu innych? Potem nam brakuje
pogody dla nas samych przy zgaszonym świetle
na pustym planie filmu „Życie jako skutek
niewybrednych dowcipów przenoszonych płciowo”.
Czy można lepiej przerwać taki senny stand-up?
Bezboleśniej i czulej? Przecież brak powietrza
nie może ograniczać nieodzownych kroków,
a stetryczały smutek spali nasze żarty,
podpowiadając widzom puenty – aż do tej ostatniej.
Zbyt dobrze cię rozumiem. Mieszkam w takim kraju,
gdzie na ołtarze pchają tromtadracki patos,
oraz ponurą dumę z własnego cierpienia
za grzechy świata tego, więc dopóki mogę,
wchodzę na blat i milczę – żegnam się z Wietnamem--------
A pożegnanie tu poniżej
Subskrybuj:
Posty (Atom)


