Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


piątek, 18 lutego 2011

Złote tarasy i inne brudy powszednie


Złote tarasy


Jest tylko wiara, nadzieja i wiedza.
Sny rozgwieżdżone i niepokój nieba.
Agnieszka Kuciak Ballada o perle


mój piękny książę, małe pantofelki
i cały zestaw miękkich świdrygułek,
perełki, wsuwki, różowy komplecik
- wraz z dzidzią lalką hajskul ponykucyk,
i głos anioła, potem mister perfect
z gatunku pitta albo dżordżi klunej

mniej piękny książę, choć taki co zechce
i em jak ciało (koniecznie z języczkiem)
mebelki, skóra z ikeą w komplecie,
na naszej klasie, wklei się lub wyśle,
w tunezji dzieci, palma, ładne zdjęcie,
a ten mostowiak to tak czule tuli

mrok, spity książę pokazuje plecy,
ciało jak balast (weźmie, potem przyśnie),
dzieci usłyszą jak kanapa trzeszczy,
przystojny brunet dyskretny, intymnie,
to body z triumfa i krem na rozstępy,
jutro solarium lub lampy na smutek



Papier-mache. Wiersz brudny.

Kalekie dziecko w nędznej telewizji
jest głosem Boga. Cóż, to kwestia gustu,
a może braku? Bóg ma tysiąc odmian –
głupiec, polityk, bóg-precel na wózku,
sangwinik, kibic lub żywa pochodnia.

Jedna twarz mniej czy więcej nie robi różnicy
- te sztuczne bożki można aż do skutku
mnożyć, a potem rzucać w kąt , więc nie uchwycisz
niedorzeczności wiary w sens ludzkiego smutku.
Niepowtarzalność masek jest zbyt monotonna.

Bóg – papier-mache, które nakładamy
na nasze twarze zamiast makijażu.

Pod nim jest nic.

czwartek, 17 lutego 2011

Subiektywna Lista Przebojów Poezji Współczesnej. Notowanie 16.

Od prezesa Piotra Mosonia.

1. Sławomir Płatek „bez uprzedzeń” (180) 2 III
2. Bogdan Prejs „sympathy for joseph” (153) 4 IV
3. Bożena Barda „Czy ktoś już dla ciebie tak umierał?” (126) - I
4. Piotr Kuśmirek „Wrocław-Kraków” (122) - I
5. Krzysztof Ciemnołoński „Kobieta wąż z obrazu bez tytułu” (111) 1 II
6. Andrzej Sosnowski „Honi Suit” (105) - I
7. Justyna Krawiec „Krew wypływa zawsze z lewej aorty” (102) 3 III
8. Maciej Woźniak „Leonard Cohen śpiewa o nocy w hotelu Chelsea” (99) 8 XI
9. Aleksandra Kocur „Okrągłe” (89) - I
10. Wojciech Roszkowski „Nokia connecting people” (82) 6 VI
-------------------------- -------------------------- -------------
11. Joanna Fligiel „Trzecia” (80)
12. Paweł Sarna „Czarny Ojcze Nasz” (73)
13. Michał Piętniewicz „Święto zmarłych” (64)
14. Mark Ford „Brydżystko z turniejów międzynarodowych” (49)
15. Norbert Kulesza „Mój ląd” (42)
16. Karol Maliszewski „Miłość” (39)

poniedziałek, 14 lutego 2011

There is no dark side of the moon really... matter of fact it's all dark


z tomiku "Aubade Triste" 


El armario de carradina

czemu wciąż piszesz czernią, nie korzystasz
z tych wszystkich możliwości, odcieni, niuansów?
co cię przybiło, nisko, tak nisko, że czujesz
tylko cierpki chłód ziemi, zapach martwych zwierząt?
dlaczego drapiesz rany, zamiast pilnie czekać
aż się zabliźnią, zajdą mgłą lub się zapomną?     
gdzie zgubiłeś barwy?

czy znalazłeś już kogoś, kto w razie potrzeby
przetnie nić ponad węzłem i owinie głowę  
w płótno, powie dwa zdania (z sensem), potem zgarnie
zawartość szaf i szuflad? dokąd spłyną ze ścian
jasne plamy po świętych obrazkach, krzyżykach?
jaka siła wyciągnie zardzewiałe gwoździe?
i czy będzie światło?

czemu znowu rzucasz chleb na wody płynące,
skoro dostajesz kamień zamiast odpowiedzi?

I widzisz poza każdą twarzą coraz głębszą pustkę



granat i aksamit

O ciemno ciemno ciemno. Wszyscy odchodzą w ciemność…
T.S. Eliot East Coker

nie zdążyłeś odpowiedzieć na pytanie,
co z nas zostanie, kiedy spadnie niebo.
słyszałem tylko, jak mruczysz ‘zgroza…zgroza…’,
a słowa wolno zataczały koła
(niektóre głowy tak lubią się toczyć). 

napełniłeś mnie słomą, wpadłem prosto
w rzekę spuchniętą od nadmiaru piany.
pod spodem świeciły: pies, kamień i gwiazda.
wyżej na jednej kresce bujało się niebo.
zabrakło nitki, by się przeprowadzić

z ciemności w ciemność, na krótko przed chwilą,
gdy wybuchł język, sypiąc odłamkami frazesów
o bliskości (to gorycz wyrwała zawleczkę).

sobota, 12 lutego 2011

Mayday, mayday, mayday! (vol.1)



Ave Lancastria gratia plena!

Na wysokościach, gdzie była chwała, wywar
piliśmy z popiołu, piołunu, szaleju. My, dzieci
Gadareńczyków skryte w ptasich brzuchach.
Łapali nas w strugi światła i ściągali na dół,  
a wtedy sypaliśmy iskry wprost z glinowych żagwi. 

Pod nami buzowała ziemia, kiedy tak na oślep
wymierzaliśmy wyrok wrogim mrówkom.
Termit topił tysiące kopców w zwartą bryłę.
W mroku śmierć miała kolor i gładką fakturę
bursztynu. Tak krzycząc zastygały miasta.

Na ich kamienne głowy zrzucaliśmy z siebie
całą nienawiść, choć przecież ktoś inny
powołał nas do życia w szeregu i wtłoczył
w świńskie skóry z naszywkami. Szloch
wysysał tlen z masek przed powrotem do życia.

Pod spodem mieliśmy grozę, wewnątrz jedno
imię dla wszystkich. W smyczach interkomów
hulał głos wskazujący ścieżki do gniazd.
Tarliśmy brzuchami o ziemię i czasem
dawało się zasnąć bez pacierza mejdej, mejdej.  

Pierwsze stworzenie Anny



Pierwsze stworzenie Anny

with the stranger's seed blooming
into the flower called Horrid
Anne Sexton 45 Mercy Street


Musiała mieć smukłe palce, smukłe aż do bólu
kości, które łamała, łapiąc równowagę
pomiędzy wydartą frazą a kolejną porcją
danielsa (mógłbym chyba tak to zapamiętać).

Lecz przecież znam ją tylko od słowa do ostatniego
haustu dozowanego przez skrzętny tachometr
buicka. Na tylnym siedzeniu kołysze mnie
wolno wraz ze starym Kurtzem, szepcząc: horrid, horrid.

I jest w tym ten cudowny zgrzyt zamka,
co wkręca się w brzuch za każdym razem,
gdy muszę wyjść z mojej skrzyni. To kobieca
torebka wypełniona po brzegi całym światem.

Logos nas spuścił ze smyczy, jak graniczną rzekę,
a po trzech dniach porzucił, zabierając wiosła.

piątek, 11 lutego 2011

Enter Sandman


a teraz ułóż mnie do snu (wiktoriańska galeria pośmiertna)

mamy otwarte oczy, ale nie sięgamy wzrokiem
głębiej niż na paznokieć. za to oni widzą
nieuchwytne oznaki zmierzchu. te uśmiechy,
pełne zakłopotania, kiedy ślizgamy się po powierzchni
życia, jak cicha rtęć zastygająca na szklanych płytkach.
rankiem zdejmiemy odciski z własnych śladów.

jedyne co nas oddziela od wspólnych, niedzielnych spacerów,
to soczewka i rozbłysk magnezu w wąskiej szczelinie,
szelest martwych koronek, metalowy stelaż.
resztę zgasi sztywna cisza. stracimy ją bezpowrotnie,
gdy tylko otworzymy usta. otwór na klucz lub żeton.

obraz jest czysty, mówi: śmierć to miejsce, nie czas.


http://www.youtube.com/watch?v=K2jfV1DzcuQ&feature=related