Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja
Κομνηνός Κασταμόνου
Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος
Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo
Czas[ownikowy]
zakopywałem ojca, by go nie znalazła
nadciagająca jesień. gdzieś w stygnących gniazdach
wiatr czujnie przeczesywał resztki zbędnych puchów
– pamiątki po odlotach, a złudzenie ruchu
potęgowało drżenie pomarszczonych liści,
przedwcześnie postarzałych w czasie rzeczywistym.
zakopywałem ojca. jeszcze się wyrywał,
jeszcze szarpał w pamięci, więc pamięć jak blizna
szpeciła resztki lata. nie chciał się zapomnieć,
zagoić w mojej głowie, a tam nieprzytomnie
w stosach zabaw, zabawek, kapslowych kolarzy
wyciekało mi życie za horyzont zdarzeń.
zakopywałem ojca, jak miasto pompeje,
jak naiwny lejtmotyw z przebrzmiałych piosenek,
fundament, co nie uniósł najlżejszej z budowli
– życia pełnego blasku z przedjesiennych ognisk,
oddechu, w którym nagle słyszysz pożegnanie
odchodzącego rakiem w stygnącą niepamięć.
Piéta [trzymanie syna wg George Szirtesa]
Pomiędzy nimi nie ma już niczego.
Małpa
Niańczy nieżywe dziecko, jakby żyło jeszcze,
Czule kołysze drętwy, futrzany kształt w łapach
George Szirtes Martwe dzieci (według Canettiego)
Matka zasypia cicho i nie czuje wcale,
że syn jej przecieka pomiędzy palcami
gdzieś tam na dół, do nieba. Ciało, które trzyma
w objęciach, nie ma sensu i tylko przeszkadza
narratorom tworzącym nowe przykazania.
Jej zostało najpierwsze: dbać o swoje młode,
mocno tulić do piersi, wykarmić, a kiedy
odejdzie z gorliwymi, czekać na wiadomość
z miasteczka wszystkich świętych. Teraz mocniej ściska
w ramionach resztki syna, odpędzając muchy.
Podświadomie rozumie surowy obyczaj:
oddać bogu co boskie i nie wchodzić w drogę
fanom czy fanatykom, którzy wielbią popiół,
zwłaszcza sypany z makiem na głowy niewinnych
– można je potem zrzynać nad brzegami ulic.
Matka budzi się nagle, chyba przeczuwając
ile w tym przedstawieniu zmieni trzeci ranek,
jak bardzo jednostronne powstaje równanie,
jeśli na miejsce syna podstawi dwie linie
skrzyżowane poprzecznie, a wtedy jest pewna,
że nie ma już niczego i nie ma pomiędzy.
Przedkurek
jezus przykłada do rany zjaraną zapałkę,
bo przecież bólu nie ma ani zmartwychwstania,
jest tylko jedno miejsce pod przegniłym słońcem
zasłonięte przezornie kawałkiem piaskowca.
najlepszy kawałek podróży jest jeszcze przed świtem,
zanim posną pochlebcy i czwartkowi zdrajcy,
zbawiciel może wtedy słuchać, jak szepcze w ciemnościach
pustynny diabeł zwabiony zapachem rozkładu.
szeleści w słowach smutek i szemrzą pytania,
za co przyszło umierać, czy łatwo nadstawić
drugi bok pod palce słusznych niedowiarków,
gdy twarz pozostała na lnianych gałganach.
w tle czai się bezsens, niejasne przeczucie,
że tylko przelał w puste z opróżnionych wiader,
jak na wiejskim weselu, gdzie pijani goście
na cześć fundatora chętnie wzniosą toast
– po której stronie by nie siadł, będzie pochwalony.
(z tomiku "Madafakafares" (2014)
A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę
I
A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę.
Tłum zgęstniał napowietrznie, straże dzielą ścieżki,
spychając ciała gapiów przesiąknięte potem
(patrz: zaraz tutaj przyjdzie, potem będą nieśli
stipes, bo dla skazańca jest trochę przyciężki),
przekupnie przekrzykują gwar „tu słodkie figi,
winogrona, daktyle, siekane orzeszki”
obok znowu dzieciarnia raźno kręci frygi,
podpłomyki się pieką, palenisko dymi,
kot przemyka w cień chłodny posuwistym krokiem,
skwar, handlarz drobiu pluje pestką z dyni
w koguta, który w klatce dopadł właśnie kwokę
(„jajek z tego nie będzie, nie na harce pora”),
w słońcu mętnieją łuski ryb prosto z jeziora.
II
W słońcu mętnieją łuski ryb prosto z jeziora,
karpie, wyborne sumy i świeżutkie brzany,
szarpie ostro postronkiem wychudzona koza
– „weź to bydlę, bo zaraz przewróci stragany”
krzyczy handlarz, za chwilę lecą z trzaskiem dzbany
i kosze pełne ozdób, tkanin zwiewnych bele,
rzemyki od sandałów i perskie dywany
– towar za tysiąc szekli na ziemi się ściele,
już złapali za kije, krew się w żyłach grzeje
krzyk w gardłach rośnie dźwiękiem lekko przykurzonym,
padły pierwsze przekleństwa, rzucono kamienie,
gdy miedzianym jękiem wszystko przytłoczyły trąby.
Tłum na kordon napiera, trzeszczą w ścisku żebra
skazaniec wraz z asystą w podróż się wybiera.
III
Skazaniec wraz z asystą w podróż się wybiera
(czy jest chociaż przystojny, powiedz, czy go widzisz
– ciekawska z tyłu tłumu głośno się wydziera),
wszyscy chcą bliżej, tłoczniej, nikt już się nie wstydzi,
pchają, jęczą i suną, jakby wzięci w tryby
zapachu krwi, amoku, niewzruszony wcale
odbija ludzką falę straży kordon sztywny,
konwój w ostatnią drogę przesuwa się dalej.
Już ci o słabszych łokciach gdzieś z tyłu zostali,
złodzieje umykają, niosąc pełne mieszki
w zupełnym rozgardiaszu sprawnie urzezane,
pobity handlarz zbiera z ziemi garnków resztki
(zgięty za brzuch się trzyma, zanosząc się szlochem).
A ci, co nieśli gwoździe, spóźnili się trochę.
Czas[ownikowy]
zakopywałem ojca, by go nie znalazła
nadciagająca jesień. gdzieś w stygnących gniazdach
wiatr czujnie przeczesywał resztki zbędnych puchów
– pamiątki po odlotach, a złudzenie ruchu
potęgowało drżenie pomarszczonych liści,
przedwcześnie postarzałych w czasie rzeczywistym.
zakopywałem ojca. jeszcze się wyrywał,
jeszcze szarpał w pamięci, więc pamięć jak blizna
szpeciła resztki lata. nie chciał się zapomnieć,
zagoić w mojej głowie, a tam nieprzytomnie
w stosach zabaw, zabawek, kapslowych kolarzy
wyciekało mi życie za horyzont zdarzeń.
zakopywałem ojca, jak miasto pompeje,
jak naiwny lejtmotyw z przebrzmiałych piosenek,
fundament, co nie uniósł najlżejszej z budowli
– życia pełnego blasku z przedjesiennych ognisk,
oddechu, w którym nagle słyszysz pożegnanie
odchodzącego rakiem w stygnącą niepamięć.