Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


sobota, 30 listopada 2019

Zanim skończy się jesień

Wspomnieniowo


















Sine są niebiosa, obietnice królestw

Oto już jesień i pora umierać
William Shakespeare – Sonet 71


oto już jesień i pora umierać – szepcze Alicja, córka diabła
(ma zsiniałe usta, jakby trzymała w nich wodną farbę,
którą zacierała miejsca, gdzie ptaki modliły się w lecie).
jestem zmierzchem, wiernym cytatem ojca
tkwiącego pod ziemią w labiryncie kretowisk. mieszkam w górze,
a ogrody wciąż do dachów przywiązane dymem.

zapach wędrownych ognisk kłuje ryby tuż nad linią żeber.
za ten tatuaż zapłacę resztkami bajek i kryształem
lapis lazuli. porcja goryczy spływa na mnie każdego ranka
z ramion zbitych na krzyż belek. sine są niebiosa
i puste jak obietnice królestw, a mgła pachnie szlamem,
stertami śliskich liści w parkowych zaroślach.

oto już jesień i pora osłuchiwania pustych ściernisk.
po mojej stronie bije serce uśpionego jeża,
stroszą się łodygi ostów i pordzewiałe kolce
cmentarnych ogrodzeń. za nimi leży coś złudnie ciepłego,
więc rozgrzewam usta szeptem
– ojcze zabierz ode mnie swój gorzki pazur. 


z tomiku Madafakafares (2014)

Nowe wiersze, całkiem świeże - Black Friday w "Helikopterze"(12/2019)

TU KILKNIJ --- Wiersze "Helikopter" (12/2019)


 

wtorek, 25 czerwca 2019

Nikogo nie obchodzi o czym opowiadasz, nikt nawet już nie słucha






Nope

nikogo nie obchodzi o czym opowiadasz,
nikt nawet już nie słucha, chociaż twoje słowa
rzucałeś razem z wiatrem, a cała historia
miała jakieś znaczenie i ładunek uczuć.

czy ta pustka powstała w tym właśnie momencie,
kiedy ci powiedziała, że żyłeś złudzeniem
czułości waszych wspólnych poranków i nocy,
dotyku, który łączył, co niepołączone,
w łańcuch przyczyn i skutków, gdzie względna kolejność
miała mniejsze znaczenie od samego trwania
przy sobie ręka w rękę, dzień w dzień, aż do końca
– choć koniec się wydawał czymś tak nierealnym,
tak obcym i odległym niby śmierć we snach.

nikogo nie obejdzie, czy o tym opowiesz,
nie liczy się historia i od tamtej pory 
o szczęściu decydują starannie dobrane
leki psychotropowe. reszta jest zmyśleniem.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Kiedy Grabaż zna moje myśli


z tomiku "Madafakafares" (GSW BWA Olkusz 2014)




HOWRU [List prokonsula]

oprócz tego, że mieszkam w Polsce – czuję się dobrze.
postanowiłem nie otwierać okien i oczu,
zaszyć pod skórą tani psi czip,
mniej pić i zjadać więcej warzyw,
płacić abonament, uwierzyć w reklamy
– to nie wymaga ani odwagi, ani pogardy.
postanowiłem na razie nie odcinać uszu,
bo i tak powiedzą, że małpuję mistrza z Arles.
a szkoda – cisza uczyniłaby to miejsce
o wiele znośniejszym, zwłaszcza w sytuacji,
gdy każdy obywatel ma jedyną rację.
będę udawał zainteresowanie ich historią,
złożoną głównie z przegranych wojen,
pełną cierpienia za grzechy rozsądniejszych nacji.
zachwycę się budową wspólnego domu na fundamencie
z drewna, na którym kiedyś zawisł człowiek.    
postanowiłem jednak podawać rękę na powitanie,
choć wciąż obawiam się, by jej nie odgryźli.
gdy wymawiają moje imię, szybko spuszczam oczy
i biję brawo – najgłośniej jak umiem.
postanowiłem więcej nie wychodzić z domu,
jutro poczytam Tacyta.

z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

piątek, 21 czerwca 2019

umrzeć na zapalenie światła (kiedy nam grali "I like Chopin")

























1983

umrzeć na zapalenie światła
– na zgrabną chorobę, która przypomina
ostatni wolny taniec przy dźwiękach piosenki 
dawno zapomnianego grajka z włoskich list przebojów
na obozie, gdzieś w lesie, nad chłodnym jeziorem
niezmiennie charzykowskim, bezwiednie nuciłaś
I like Chopin, więc zawsze mnie kochaj,
zanim dni pełne deszczu  zagłuszą melodię,
zanim skończy się lato, być może ostatnie.

umrzeć na zapalenie świata
– tak wtedy myślałem, przytulając cię mocno,
mocniej niż byś chciała, wciąż jednak zbyt słabo,
by wszystko przetrwało dłużej niż tamten taniec,
bo przecież potrzeba dwojga do wypełnienia taktu,
choć do zanucenia  I like Chopin wystarczą
jedne usta, jedno sprawne gardło
– do pożegnania marzeń na trzydzieści lat.     

umrę na zapalenie lata – jeśli tylko będziesz
moją piękną chorobą pełną świetlnych nut. 


niedziela, 21 kwietnia 2019

Ktoś wyszedł, ktoś pozostał




Przedkurek
 

jezus przykłada do rany zjaraną zapałkę,
bo przecież bólu nie ma ani zmartwychwstania,
jest tylko jedno miejsce pod przegniłym słońcem
zasłonięte przezornie kawałkiem piaskowca.

najlepszy kawałek podróży jest jeszcze przed świtem,
zanim posną pochlebcy i czwartkowi zdrajcy,
zbawiciel może wtedy słuchać, jak szepcze w ciemnościach
pustynny diabeł zwabiony zapachem rozkładu.

szeleści w słowach smutek i szemrzą pytania,
za co przyszło umierać, czy łatwo nadstawić
drugi bok pod palce słusznych niedowiarków,
gdy twarz pozostała na lnianych gałganach.

w tle czai się bezsens, niejasne przeczucie,
że tylko przelał w puste z opróżnionych wiader,
jak na wiejskim weselu, gdzie pijani goście 
na cześć fundatora chętnie wzniosą toast

­– po której stronie by nie siadł, będzie pochwalony