Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja
Κομνηνός Κασταμόνου
Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος
Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo
środa, 9 marca 2016
Atak dla jaj czyli o dupie Andrzeja
O Andrzeju Dupie i dupie Andrzeja
(wierszyk krótki, bo w poezji nadzieja)
Co we łbie kretyna się dzieje,
gdy mu dupa się kojarzy z Andrzejem?
Choć skojarzeń znaleźć tuzin się uda
i sam Andrzej im przygrywa na... dudach,
to kłopotów z tego może być kupa,
gdy dyrektor na pusty łeb upa(dł).
Więc oświadczam z ręką na klacie:
Nowakowski Andrzeju, mój bracie,
wiedz - nie każdy Andrzej to dupa,
choć niektórzy z nich są tępsi od słupa
politycznie i gdy pęknie im guma,
to skąd dziecko taki Andrzej nie skuma.
Hejże hola, niech raduje się dusza!
Niech nam Andrzej zastępuje Janusza
jako nazwę "przeciętnego Polaka",
niech nam rośnie polityczna padaka
z najlepszego miotu i sortu,
i skarlałych rój voldemortów.
wtorek, 8 marca 2016
środa, 2 marca 2016
666 my number of the beast czyli recenzja "Madafakafares" w najnowszym numerze "Toposu"
Dziękuję Piotrze. Recenzja sprawiła mi sporo satysfakcji.
Złe dobre wiersze
1. Próbuję się oprzeć wrażeniu i oprzeć mu się nie mogę. Próbuję się opędzić od podejrzeń i opędzić się nie potrafię. Coś mi mówi, że nowy zbiór Pawła Podlipniaka, Madafakafares, nawiedził duch gadający zniewagami przechodzącymi w ponure memento. Co tam duch – demon pewnie! Zły. Nieskłonny byłbym do analizowania substancji tych wierszy pod kątem zawartości związków infernalnej siarki. Ale cóż począć, gdy Zły hula tam na swobodzie, zaś podmiot tomu sprawia wrażenie kogoś, kto tkwiąc w metafizycznym potrzasku, zachowuje mimo wszystko jasność oglądu i nad podziw zręcznie operuje słowem. Jest jednocześnie mistrzem zaprzeczeń, wirtuozem negacji. Niemal na samym początku składa wyznanie niewiary w jakiekolwiek pozytywne aspekty istnienia, również własnego: „na imię mam paweł – to kurwa nie imię,/ zbyt malutkie u podstaw, by mogło udźwignąć/ wiarę w istnienie zbawień, pierworodnych grzechów./ budzę się obok niego codziennie ze wstydem,/ że mogłem w jednym łóżku (choć po sakramencie,/ po wodzie i słowie) zalec bez miłości,/ nadziei, chicho brzęcząc, bo na głośny skowyt/ trzeba przecież zasłużyć, a ja tylko mówię,/ niewyraźnie, nieśmiało i czuję jak dziecko.” (Parmenidie [godzina w]). Świat postrzega przez pryzmat własnej małości. Żaden krajobraz, żadne miejsce nie potrafi udzielić czytelnikowi bezpiecznego schronienia. A jego postapokaliptyczne pejzaże są korelatami stanów duszy zbuntowanej; w swym buncie zaciekłej, zrozpaczonej, przekonanej o niemożliwości dobra.
2. Ten gorzki pesymizm bardziej mnie przeraża niż bluźnierstwa, których tutaj dostatek, ba, nawet nadmiar (zob. Oktagon [trzy po trzy] lub Novit enim Dominius, qui sunt eius). Z bluźnierstwa uczynił autor styl dyskursu, model ekspresji, albo wręcz nadekspresji. Ten, kto otwiera ten tomik, musi się przygotować na odbiór ciągłych sygnałów bólu, na słuchanie głosów z samego jądra ciemności. Przy czym poeta odwołując się do conradowskiej symboliki, odczytuje ją według wzorca zaproponowanego przez Francisa Forda Coppolę (zob. Coppoliada [fragment apokalipsy]), przesuwa na daleki plan jego przesłanie conradowskie o wyraźnym nacechowaniu moralnym. Liryczne „ja” prezentuje się więc jako tragiczny immoralista, wrażliwy wprawdzie na zło, pustoszące historię, rujnujące pojedynczą egzystencję, ale zafascynowany złem na tyle, by zdać się na jego łaskę i niełaskę. Zło nie wynika tutaj jednak z fatalnego, osobistego, jednostkowego grzechu wyboru. Stanowi konstytutywną, albo immanentną cechę świata. Inicjacja w zło, oznacza tutaj inicjację w świat (por. Niewinni czartodzieje). Doświadczenie upadku wzmacniają jeszcze kolejne bezpośrednie rozpoznania oraz zapośredniczone świadectwa historii (por. wstrząsające zakończenie Lucifuge). Skłaniają one do odrzucenia religijnego związku ze Stwórcą, którego kreacyjne kompetencje przejęły masowe media (zob. Czwartek z popielnika [M.I.A.], cz. IV i V). Bez-bożność cechuje oba aspekty psychiki: tak męski jak żeński. Znana nam już z tomu poprzedniego (Karmageddon, 2012), anima, pojawia się tutaj pod imieniem Alicji. Trochę z Lewisa Carrola, jakby trochę z debiutanckiej książki Romana Honeta, a w całości – z piekła rodem.
3. Szanuję prawo poety do wypowiedzi światopoglądowych. Czuję się jednocześnie zakłopotany jego sposobem prowadzenia krytyki antyojczyźnianej w cyklu ieszcze bolska. Bowiem krytykuje tu poeta mniej więcej to, co wszyscy, jego poprzednicy. Pakuje do swoich filipik wszystko, z katastrofą smoleńską włącznie. Oryginalność tego cyklu, prócz formy, ratuje zasadniczo oryginalna reinterpretacja Popiołu i diamentu (Teoria wiersza bolskiego [dopuk]) wraz z na poły reporterskim, na poły refleksyjnym podróżnym wierszem Alien [droga na połowy].
4. Strategia liryczna tomu opiera się z jednej strony na trawestacji i aluzji (Paul Celan, Thomas Stearns Eliot), z drugiej zaś – na parodii. Zabiegowi temu z upodobaniem poddaje skanonizowane wyobrażeniach o biblijnym rodowodzie (pokłon Trzech Króli, Pietá, wędrówka do Emaus). Bywa obcesowy i dosadny. Ale znakomicie panuje nad chaosem obrazów, natłokiem metafor, przyspieszonym tokiem monologu bliskiego malignie, nadto bezbłędnie rozkłada akcenty emocjonalne.
5. Proponowałem ongiś dać na mszę za wspomnianego już Honeta. Dajcie na mszę również za Podlipniaka, autora złych dobrych wierszy.
Piotr W. Lorkowski
Paweł Podlipniak: Madafakafares, Galeria Literacka przy GSW BWA w Olkuszu, Olkusz 2014.
-------------------
Pleased to meet you
Hope you guessed my name, oh yeah
But what's confusing you
Is just the nature of my game
Just as every cop is a criminal
And all the sinners saints
As heads is tails
Just call me Lucifer
'Cause I'm in need of some restraint
Złe dobre wiersze
1. Próbuję się oprzeć wrażeniu i oprzeć mu się nie mogę. Próbuję się opędzić od podejrzeń i opędzić się nie potrafię. Coś mi mówi, że nowy zbiór Pawła Podlipniaka, Madafakafares, nawiedził duch gadający zniewagami przechodzącymi w ponure memento. Co tam duch – demon pewnie! Zły. Nieskłonny byłbym do analizowania substancji tych wierszy pod kątem zawartości związków infernalnej siarki. Ale cóż począć, gdy Zły hula tam na swobodzie, zaś podmiot tomu sprawia wrażenie kogoś, kto tkwiąc w metafizycznym potrzasku, zachowuje mimo wszystko jasność oglądu i nad podziw zręcznie operuje słowem. Jest jednocześnie mistrzem zaprzeczeń, wirtuozem negacji. Niemal na samym początku składa wyznanie niewiary w jakiekolwiek pozytywne aspekty istnienia, również własnego: „na imię mam paweł – to kurwa nie imię,/ zbyt malutkie u podstaw, by mogło udźwignąć/ wiarę w istnienie zbawień, pierworodnych grzechów./ budzę się obok niego codziennie ze wstydem,/ że mogłem w jednym łóżku (choć po sakramencie,/ po wodzie i słowie) zalec bez miłości,/ nadziei, chicho brzęcząc, bo na głośny skowyt/ trzeba przecież zasłużyć, a ja tylko mówię,/ niewyraźnie, nieśmiało i czuję jak dziecko.” (Parmenidie [godzina w]). Świat postrzega przez pryzmat własnej małości. Żaden krajobraz, żadne miejsce nie potrafi udzielić czytelnikowi bezpiecznego schronienia. A jego postapokaliptyczne pejzaże są korelatami stanów duszy zbuntowanej; w swym buncie zaciekłej, zrozpaczonej, przekonanej o niemożliwości dobra.
2. Ten gorzki pesymizm bardziej mnie przeraża niż bluźnierstwa, których tutaj dostatek, ba, nawet nadmiar (zob. Oktagon [trzy po trzy] lub Novit enim Dominius, qui sunt eius). Z bluźnierstwa uczynił autor styl dyskursu, model ekspresji, albo wręcz nadekspresji. Ten, kto otwiera ten tomik, musi się przygotować na odbiór ciągłych sygnałów bólu, na słuchanie głosów z samego jądra ciemności. Przy czym poeta odwołując się do conradowskiej symboliki, odczytuje ją według wzorca zaproponowanego przez Francisa Forda Coppolę (zob. Coppoliada [fragment apokalipsy]), przesuwa na daleki plan jego przesłanie conradowskie o wyraźnym nacechowaniu moralnym. Liryczne „ja” prezentuje się więc jako tragiczny immoralista, wrażliwy wprawdzie na zło, pustoszące historię, rujnujące pojedynczą egzystencję, ale zafascynowany złem na tyle, by zdać się na jego łaskę i niełaskę. Zło nie wynika tutaj jednak z fatalnego, osobistego, jednostkowego grzechu wyboru. Stanowi konstytutywną, albo immanentną cechę świata. Inicjacja w zło, oznacza tutaj inicjację w świat (por. Niewinni czartodzieje). Doświadczenie upadku wzmacniają jeszcze kolejne bezpośrednie rozpoznania oraz zapośredniczone świadectwa historii (por. wstrząsające zakończenie Lucifuge). Skłaniają one do odrzucenia religijnego związku ze Stwórcą, którego kreacyjne kompetencje przejęły masowe media (zob. Czwartek z popielnika [M.I.A.], cz. IV i V). Bez-bożność cechuje oba aspekty psychiki: tak męski jak żeński. Znana nam już z tomu poprzedniego (Karmageddon, 2012), anima, pojawia się tutaj pod imieniem Alicji. Trochę z Lewisa Carrola, jakby trochę z debiutanckiej książki Romana Honeta, a w całości – z piekła rodem.
3. Szanuję prawo poety do wypowiedzi światopoglądowych. Czuję się jednocześnie zakłopotany jego sposobem prowadzenia krytyki antyojczyźnianej w cyklu ieszcze bolska. Bowiem krytykuje tu poeta mniej więcej to, co wszyscy, jego poprzednicy. Pakuje do swoich filipik wszystko, z katastrofą smoleńską włącznie. Oryginalność tego cyklu, prócz formy, ratuje zasadniczo oryginalna reinterpretacja Popiołu i diamentu (Teoria wiersza bolskiego [dopuk]) wraz z na poły reporterskim, na poły refleksyjnym podróżnym wierszem Alien [droga na połowy].
4. Strategia liryczna tomu opiera się z jednej strony na trawestacji i aluzji (Paul Celan, Thomas Stearns Eliot), z drugiej zaś – na parodii. Zabiegowi temu z upodobaniem poddaje skanonizowane wyobrażeniach o biblijnym rodowodzie (pokłon Trzech Króli, Pietá, wędrówka do Emaus). Bywa obcesowy i dosadny. Ale znakomicie panuje nad chaosem obrazów, natłokiem metafor, przyspieszonym tokiem monologu bliskiego malignie, nadto bezbłędnie rozkłada akcenty emocjonalne.
5. Proponowałem ongiś dać na mszę za wspomnianego już Honeta. Dajcie na mszę również za Podlipniaka, autora złych dobrych wierszy.
Piotr W. Lorkowski
Paweł Podlipniak: Madafakafares, Galeria Literacka przy GSW BWA w Olkuszu, Olkusz 2014.
-------------------
Pleased to meet you
Hope you guessed my name, oh yeah
But what's confusing you
Is just the nature of my game
Just as every cop is a criminal
And all the sinners saints
As heads is tails
Just call me Lucifer
'Cause I'm in need of some restraint
wtorek, 1 marca 2016
Słynny czarny pies na czerwonym jedzie
W antologii tekstów "helikopterowych" znalazły się także trzy moje na str. 124 - 125.
Dzięki Krzysztofie!
Dzięki Krzysztofie!
środa, 24 lutego 2016
Pain redefined (Memories don't lie You know better than)
Kolejny zaległy, od listopada chyba
Czwarte czytanie z Pawła
[martwa natura z syryjskim uchodźcą]
i będę się spotykał z tobą na papierze
w hamaku z pergaminu, w łódce z papirusu,
gdziekolwiek będzie słowo – dobra próbka uczuć
przenoszonych przez fale, nawet niewidzialne,
jeśli jeszcze uniosą, zamiast skrawków szumu,
nasze ciała po drodze do przyjaznych brzegów,
jeśli takie istnieją – gdziekolwiek i jeszcze.
nienawiść jest tuż obok i do drzwi łomocze
nocą, w dzień pohukując, strach zawęża drogi
wymarzonej ucieczki poprzez brzuszki liter,
więc zwyczajniejsze słowa wkrótce zginą z głodu
- pozostanie emfaza i krzyk oburzenia
na to, co nie nadejdzie, a gdzieś na poboczach
odpadki słów niechcianych nawet przez wygnańców
z gruzów edeńskich przedmieść do slumsów północy.
--------------------------------------------------------------------------------
Czwarte czytanie z Pawła
[martwa natura z syryjskim uchodźcą]
i będę się spotykał z tobą na papierze
w hamaku z pergaminu, w łódce z papirusu,
gdziekolwiek będzie słowo – dobra próbka uczuć
przenoszonych przez fale, nawet niewidzialne,
jeśli jeszcze uniosą, zamiast skrawków szumu,
nasze ciała po drodze do przyjaznych brzegów,
jeśli takie istnieją – gdziekolwiek i jeszcze.
nienawiść jest tuż obok i do drzwi łomocze
nocą, w dzień pohukując, strach zawęża drogi
wymarzonej ucieczki poprzez brzuszki liter,
więc zwyczajniejsze słowa wkrótce zginą z głodu
- pozostanie emfaza i krzyk oburzenia
na to, co nie nadejdzie, a gdzieś na poboczach
odpadki słów niechcianych nawet przez wygnańców
z gruzów edeńskich przedmieść do slumsów północy.
--------------------------------------------------------------------------------
wtorek, 2 lutego 2016
Mój nóż otwiera się tylko w kieszeni, a starych dawno pochowałem
Kolejny zaległy, opuszczony przez boga i ludzi, wiersz.
Mój nóż otwiera się tylko w kieszeni,
a starych dawno pochowałem
płonąca nauczycielka, gdzieś tam w peszawarze,
rozgrzewa do białości paski szybkich wieści,
potem znika z uczniami, tak jak wielu innych
daremnych uczestników bożych porachunków,
bo świat to popielniczka, co bez trudu skryje
w swoim przepastnym wnętrzu małe ludzkie pety,
zgniecione przez krzyczących: w proch się obrócicie.
ja jednak wolę myśleć, że eppur si muove,
choćby nawet nieśmiało i naiwnie szepcząc.
jaki sens ma stawanie naprzeciwko ognia,
kiedy do oczu skacze nam święte bluźnierstwo
i ociemniały kołtun nasączony wiarą
w błogosławieństwo zbrodni, a rozum opity
medialnym śmiercioporno dawno zasnął w kącie
w sydnejskiej kafeterii po ostatnim lanczu
zanim strzelił selfika z płaczącym mężczyzną
przyklejonym do szyby lufą wbitą w kark.
ja jednak mam nadzieję, że jeszcze się kręci.
piątek, 29 stycznia 2016
Release your life take your place inside the fire
To nawet nie remanent, to wspomnienie z pierwszego tomiku "Aubade triste", ale chodzi za mną od kilku dni.
Huśtawki
Huśtawki
to wszystko jak w reklamie - dżins i styks, i neon,
wszystko, które jest niczym, w pustce się zagięło.
powracasz, skąd wyszedłeś, domknąć życie, pętlę.
zaciskasz ją dokładnie (jeszcze jeden węzeł),
łudząc się, nadaremnie, że rozpoznasz jutro
Atlantydę w prawdziwej postaci. ze smutkiem
uśmiechasz się do lustra, nie znasz odpowiedzi
o marszrutę. wiesz dobrze – wciąż na oślep jedziesz.
zadyszka. pauza. schodek. walizka na półkę.
to jest nowy początek życia? syk (gdy tłuczesz
kolano), inwektywa, ciężka jak cholera,
po co ci tyle gratów? przecież się wybierasz
w jedną stronę, starannie zacierając ślady.
październik, morze, mewy, pasmo siwej piany
pokryło bielmem piasek. moczysz w wodzie stopy
(buty wysuszysz w locie), teraz szybko podpisz
pocztówkę, może dojdzie. szum wysokich sosen
przywabia cię przestrzenią,
spóźnionym łopotem
ptasich skrzydeł i
lękiem - kipi pod nim pustka.
niebo jest za daleko, więc pójdziesz się huśtać.
------------------------
------------------------
Subskrybuj:
Posty (Atom)




