Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 2 lutego 2016

Mój nóż otwiera się tylko w kieszeni, a starych dawno pochowałem

Kolejny zaległy, opuszczony przez boga i ludzi, wiersz.







Mój nóż otwiera się tylko w kieszeni,

a starych dawno pochowałem


płonąca nauczycielka, gdzieś tam w peszawarze,
rozgrzewa do białości paski szybkich wieści,
potem znika z uczniami, tak jak wielu innych
daremnych uczestników bożych porachunków,
bo świat to popielniczka, co bez trudu skryje
w swoim przepastnym wnętrzu małe ludzkie pety,
zgniecione przez krzyczących: w proch się obrócicie.  
ja jednak wolę myśleć, że eppur si muove,
choćby nawet nieśmiało i naiwnie szepcząc.

jaki sens ma stawanie naprzeciwko ognia,
kiedy do oczu skacze nam święte bluźnierstwo
i ociemniały kołtun nasączony wiarą
w błogosławieństwo zbrodni, a rozum opity
medialnym śmiercioporno dawno zasnął w kącie
w sydnejskiej kafeterii po ostatnim lanczu
zanim strzelił selfika z płaczącym mężczyzną
przyklejonym do szyby lufą wbitą w kark.
ja jednak mam nadzieję, że jeszcze się kręci.  

piątek, 29 stycznia 2016

Release your life take your place inside the fire

To nawet nie remanent, to wspomnienie z pierwszego tomiku "Aubade triste", ale chodzi za mną od kilku dni.













Huśtawki


to wszystko jak w reklamie - dżins i styks, i neon,
wszystko, które jest niczym, w pustce się zagięło.

powracasz, skąd wyszedłeś, domknąć życie, pętlę.
zaciskasz ją dokładnie (jeszcze jeden węzeł),

łudząc się, nadaremnie, że rozpoznasz jutro
Atlantydę w prawdziwej postaci. ze smutkiem

uśmiechasz się do lustra, nie znasz odpowiedzi
o marszrutę. wiesz dobrze – wciąż na oślep jedziesz.

zadyszka. pauza. schodek. walizka na półkę.
to jest nowy początek życia? syk (gdy tłuczesz

kolano), inwektywa, ciężka jak cholera,
po co ci tyle gratów? przecież się wybierasz

w jedną stronę, starannie zacierając ślady.
październik, morze, mewy, pasmo siwej piany

pokryło bielmem piasek. moczysz w wodzie stopy
(buty wysuszysz w locie), teraz szybko podpisz

pocztówkę, może dojdzie. szum wysokich sosen
przywabia cię przestrzenią,  spóźnionym łopotem

ptasich skrzydeł i  lękiem - kipi pod nim pustka.
niebo jest za daleko, więc pójdziesz się huśtać.

------------------------

czwartek, 21 stycznia 2016

Only for you I don't regret that I was Thursday's child

Znów remanencik pokonkursowy. Czwartkowy tytuł, a pod spodem moja ulubiona piosenka Davida.
 





Elegia dla misiz robinson 2




 et vita erat lux hominum

J 1,4

ja jednak jeszcze wierzę, że umarła dobrze,
nie na żaden nowotwór, który był pod ręką
złośliwego faceta z refrenu piosenki,
co ponoć miał ją kochać, mocniej niż by chciała,

i przy jej łóżku czuwał zastęp adonisów,
aniołów pełnych seksu, o młodzieńczych ciałach,
twardych tam, gdzie potrzeba i czułych zarazem
z wdzięcznością za naukę o obrotach rzeczy,

pozycjach planetarnych zapisanych w niebie
jako wielka zasługa bez grzechu i skazy,
spełnienie mokrych marzeń biednych beniaminków,
co przez chwilę kochali, mocniej niż by chciała.

niech teraz śpi spokojnie, mrucząc sobie dżizas,
zatrzymana w stopklatce z odpiętą podwiązką,
migocząca nieśmiało - lux hominum vita.

--------------------


wtorek, 12 stycznia 2016

Au revoir sur Mars Ziggi!

Wiersz sprzed chyba dwóch lat. Powstał z inspiracji wierszem Anny Piwkowskiej, bo ciekawiło mnie, co się dalej działo z bohaterką wiersza, a przeczuwałem, że nie może się stać nic dobrego. W środku znalazł się wtedy nieoczekiwanie David Bowie i tak już pozostał, a życie kilka dni temu dopisało nieoczekiwaną puentę.
Wiersz już kiedyś tu publikowałem.
Dobranoc Książę! Au revoir sur Mars!







Life on Mars

And lady stardust sang his songs
Of darkness and disgrace
David Bowie Lady Stardust

Annie Piwkowskiej


Nie zabił jej pająk przypięty do szpitalnego łóżka,
ani różnica ciśnień, kiedy zanurzała twarz w dłoniach,
nucąc czy jest życie na Marsie?. Wrzesień się otwierał
jak butelka wina jabłkowego - z lekkim szelestem
pokruszonych liści.

Przypomniało jej to letni ogród, starego mężczyznę
stojącego w oknie domu, który oplatała czule winorośl.
Gdy ćwiczyła forhendy pies gonił za każdą piłką
znikającą w trawie, a winyl lekko trzeszczał
przy frazie z refrenu  czy jest życie na Marsie?.

Wtedy też pakowała tylko jedną torbę z błękitną
sukienką i rakietą (w pełnej gotowości do startu).
Wakacje na obcej planecie, ślady jagód, które seter,
rudy jak piaski, zmywał szorstkim językiem,
były pożegnaniem przed ostatecznym zniknięciem.

Został po niej Ziggi na starym plakacie
z ledwo widocznym napisem: czy jest życie na Marsie?

piątek, 8 stycznia 2016

Darkness cover me, deny everything

Gdzieś się mi zapodział - z tego powodu otwiera  na moim blogu nowy rok.





















Nie ma [ość]

Brodskiemu i ciemności

te rozbłyski smartfonów w ciemnym autobusie
jak ślady po kolizji  odległych galaktyk
wciąż docierają do nas z takim opóźnieniem
że dawno już ich nie ma nie istnieje droga
i nie ma po co wracać nie ma i do kogo
nikogo wokół nie ma gdy zapada ciemność

każdy ma własny kosmos wyrzeźbiony w krzemie
który się kurczy nagle do rozmiarów punktu
najlepiej widocznego gdzieś na końcu prostej
lecz nawet prostej nie ma kiedy mięknie droga
skrapiana rzadkim deszczem dalekim do wiosny
i dźwiękami sygnałów że ktoś ma wiadomość

osobność tej podróży w nicość i bez celu
jest okrutna jak rozbłysk na małym ekranie
a pięć cali to dystans nie do pokonania
nawet przez wiązkę światła więc nas wcale nie ma
i nie ma po co wracać nie ma i do kogo
przez wypełnioną niczym najlepszą rozdzielczość 

---------


środa, 16 grudnia 2015

This is how we go about it to make our heads explode

Kolejny listopadowo pokonkursowy





Canto o płomieniu [idy sierpniowe]

Enola Gay
Is mother proud of little boy today
OMD Enola Gay

I
włosy matki enoli są w kolorze ziemi
ognistej niby tyczka, po której się wspina
popiół ze ślubnej sukni, a idy sierpniowe
nie mają w sobie krztyny krwawej zawartości
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

goście weselni jadą w cztery konie, z błyskiem,
lśni aluminium w słońcu jaśniej niżby tysiąc
gwiazd co prowadzą mędrców do szpetnych stajenek,
slumsów stawianych w mroku przez nienakarmionych 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

tam na granicy chłodu, gdzie tlen zbyt leniwy,
by płynąć w ludzkich żyłach wraz z krzepnącą cieczą,
tkwi w luku zgniły owoc z drzewa wiadomości
dla małych chłopców, którzy uwierzyli w rozum 
– na wysokości chwała i rozbicie cząstki!

zrzuca się nam sumienie, jak wężowa skóra,
zbyt łatwo i swobodnie, byśmy doczekali
optymistycznej puenty o matce enoli
czekającej na rozkaz powrotu do bazy
– więc niech się chwali cząstka rozbita na cząstki.

II
widziałem zdjęcia miasta startego na miazgę,
widziałem inne miasto zepchnięte w kanały
pełne tłustych fekaliów i much tnących fetor
ciężki niczym zasłona wieszana w świątyni
na moment przed rozdarciem, w dzień zbawiennej kaźni.

nie słyszałem wystrzałów gasnących w ruinach,
ani dziarskich piosenek śpiewanych po latach
zbyt łatwo, patetycznie, o tym, że umierać
est dulce et decorum, choć bywali wiedzą,
jak słodko śmierdzą płytko wykopane groby.

i nie ma już znaczenia, co w komorze niesie
srebrny ptak z aluminium, i na czyje głowy
spłynie jasność jasności, która wciąż się staje
dokładnym zaprzeczeniem pierwotnej intencji,
skoro ręka bez grzechu i tak rzuci kamień,
nie pytając o winę (albo o brak winy).

III
półnagi król jaszczur, stroszy bujne loki
i wzywa jeźdźców burzy na słomianych koniach,
do chatynki w Betlejem, gdzie był urodzony,
a w ręku ma dymiący od głosu mikrofon.

śpiewa o ukochanej, co zapali płomień
unoszący się górę jak słoneczna kula,
zabójcach ukrytych na rozstajnych drogach
o krok od zrozumienia, że jest tylko koniec

niesiony niby dziecko przez oblubienicę,
pannę młodą w welonie utkanym z popiołu
tuż po sierpniowych idach, weselach żałobnych
rozszczepionych na cząstki niewarte złączenia
- nasze cienie na ścianach roztopionych domów.