Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 20 października 2015

A hand-me-down dress from who knows where to all tomorrow's parties



Kolejny zagubiony w czasie wiersz






Pierwsze czytanie z Pawła [zaimię 3]


skóra niech będzie twoim alfabetem
pod moją dłonią zmieści się opowieść
że tu byliśmy do każdego końca
mocno i jasno bez żadnej przenośni
choć ze mnie ślepiec na krawędzi światła

jak opowiedzieć taką małą podróż
po twoim brzuchu w górę aż do sutków
lub w dół do delty kiedy ciemność parzy
się z marzeniami wciąż nie chcąc rozmnożyć
ust ani palców bym mógł czytać więcej

a może droga w miejsce tuż za uchem
dla ust spierzchniętych będzie tą ostatnią
wędrówką z iskrą z damasceńskim żarem
przed szczytowaniem zanim język zbudzi
głoski pierwotne ślady alfabetu  

nim spłyną słowa naszej opowieści

czwartek, 24 września 2015

Just So You Know

 Kolejny remanencik

all it was was something beautiful
when tides and dreams dont seem so tall at all


















Największy, chłodny sklep [superlativus]


Larkinowi


przed burzą niebo dymi poparzone czernią
a ja się wtedy boję że już nie poczuję 
niczego oprócz chłodu w wypasionym sklepie
z pełną klimatyzacją w najlepszej galerii
handlowej w centrum miasta gdzie tłum tak pulsuje
w sobotnie popołudnie jakby koniec świata
miał nadejść z wyprzedaży w dajwersie haemie
lub innej tajemniczej marce odzieżowej 
z tysiąca jednej nocy z milionem drobiazgów 
tuż obok kawy lodów do taktu muzaka
gdy w górze dymi niebo i pnie się nad dachem
spłaszczonym od popytu w mariażu z podażą
a ja się ciągle boję że zaginę w chłodzie
i już mnie nie odszukasz zabiorą mnie schody
niebezpiecznie ruchome przebiegłe granice  
pomiędzy naszym życiem i tym co je kończy
wtedy nagle przystaję bo śmierć z wyprzedaży
przywodzi na myśl szorstki powszedni materiał


-----------------

poniedziałek, 21 września 2015

The number of the beast? 777

Kolejny zapóźniony, zapomniany, zaczekany wiersz.



Syndrom sztokholmski [z krótszego]


oto cis, oto łaska nawiedzenia duszy
– domu bez drzwi i okien, a księżyc, jak drzazga,
utkwił, wbity pomiędzy wygięte gałęzie,
i coś się sączy ponad dachami miasteczka
przy szosie ekspresowej z nadmiarem siódemek,
a przecież to na szczęście, dobry znak i omen.

powyżej cisu  niebo i zachłanna wieczność
– w niej szeroko zamknięte, gorejące oko
z odklejoną siatkówką, co schwytała grzechy
rzekome i prawdziwe, gdyż musi utrzymać
sztokholmskich niewolników w dzbanie zbyt pojemnym,
by z dna mogli dosięgnąć do zbawczego brzegu,

zanim ich nie przybiją rachunki sumienia,
do powszedniego krzyża – jedno ramię śmierci,
a drugie ramię seksu, reszta się przyklei
samą wiarą w nadejście jakichś lepszych czasów,
kiedy na numer konta, podany w rubryce,
wpłynie choć mały procent z rozliczeniem rocznym.
  
jest jedna najpewniejsza droga ocalenia:
zamknąć drzwi, kupić bilet i nigdy nie wracać,
nawet dobrą pamięcią, bo tu na rogatkach
diabeł otwiera wrota smutnego miasteczka
z nadzieją, że przyjedziesz mocować się z bogiem,
który codziennie wlewa między uda matek

kielich pełen goryczy.

czwartek, 3 września 2015

So what difference does it make?


Kolejny sprzed roku. Remanencik. W tym tempie do aktualnych dojdę za jakieś dwa lata. Po miesiącu niechęci do publikowania czegokolwiek.





Trawa

za dużo gadam i głównie do siebie
o rzeczach, które wcale nie obchodzą
ciebie i reszty ocalałych ludzi,
a wokół lipiec w nieprzyjaznym ogniu,
tuż za nim sierpień i miasto się zburzy,
jak brudna piana bita po próżnicy.

gadam do siebie już tylko po cichu,
brzęczę gdzieś w głowie, klatce bez pamięci,
pustej, bo przecież nie ma o czym mówić
w lipcowy weekend i nie ma do kogo,
gdy noc się wędzi w lepkim letnim dymie
bez słowa skargi, czekając na chłody.

masz przecież rację – jestem tym, czym gadam
i o czym gadam, reszta jest dodatkiem,
a język tylko znakiem przestankowym,
zastygłym śladem pradawnej erupcji
pośrodku miasta, martwego kredensu
pełnego nagle umilkłych słoików.

 ------------------
 

wtorek, 11 sierpnia 2015

We don't read and write poetry because it's cute. We read and write poetry because we are members of the human race.



Niewiarygodne, ale to już rok od śmierci Robina W. Powtarzam  więc ten wiersz.




Requiem dla Robina W. [kosmitą byłeś między nami]

I think you should be serious about what you do because this is it.
This is the only life you've got
Philip Seymour Hoffman

 
Śmiertelnie śmieszne filmy o poważnych sprawach
- to się musiało skończyć niewesoło, Robin.
I po co to zrobiłeś? Teraz  będą mówić,
że stchórzyłeś przed życiem, uciekając w miejsce,
gdzie nikt normalny nie chce trafić przed swym czasem.

Lecz jaki czas jest dobry, kiedy spędzasz życie   
na zabawianiu innych? Potem wciąż brakuje
pogody dla nas samych przy zgaszonym świetle
na pustym planie filmu „Życie jako skutek
niewybrednych dowcipów przenoszonych płciowo”.

Czy można lepiej przerwać taki senny stand-up?
Bezboleśniej i czulej? Przecież brak powietrza
nie może ograniczać nieodzownych kroków,
a stetryczały smutek spali nasze żarty,
podpowiadając widzom puenty – aż do tej ostatniej.

Zbyt dobrze cię rozumiem. Mieszkam w takim kraju,
gdzie na ołtarze pchają tromtadracki patos,
oraz ponurą dumę z własnego cierpienia
za grzechy świata tego, więc dopóki mogę,   
wchodzę na blat i milczę – żegnam się z Wietnamem