Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 28 stycznia 2014

And when I touched her skin my fingers ran with blood

Kolejne zaległe wiersze z 2013 r. tym razem od razu okraszone muzyką - zamiast tradycyjnego obrazka. Piosenka pochodzi z  rewelacyjnego serialu kryminalnego "True Detective". W rolach głównych: Matthew McConaughey i Woody Harrelson. Piosenka zespołu The Handsome Family "Far From Any Road".
Pod nią dwa wiersze o zagadce Orlando.

 


List do Orlando


A to, czego nie wiesz, to jedyne, co wiesz
[…] A tam, gdzie jesteś - nie ma ciebie wcale. 
T.S.Eliot East Coker


Mówisz, że wiara nie wymaga oka
i mógłbyś widzieć nawet jako ślepiec
lub przedstawiciel innej grupy płciowej,
nie goniąc wcale za boskim absurdem,
ani pozłotą świątynnych obrazów,
lecz przecież w domu twym króluje lustro
i czas nadyma w bufiastych rękawach.

Może to oko nie wymaga wiary,
a przecież księga każe je wyłupić,
gdy tylko spojrzy w niewłaściwą stronę
i międzywersiu znajdzie nowe światło,
znacznie jaśniejsze od iluminacji,
którą nam zsyła przez usta kapłanów
byt bezimienny o wielu obliczach.

Może więc oko nie wymaga oka
i nic nie widzi, a całe złudzenie
polega na tym, że nas wcale nie ma,
a każdy ślepiec jest błogosławionym
twórcą iluzji – wiary w samą wiarę,
bo przecież ona też nie potrzebuje
niczego więcej, nawet samej siebie.

I mnie też nie ma, chociaż czasem piszę
zamiast palcami tylko Atlantykiem,
lwem i powodzią, zamykając bestię
na okamgnienie do niewiarygodnej   
klatki za mostkiem i przy każdym skurczu
czuję obawę, że się nagle wyrwie,

roznosząc światło niby czarną ospę.   



List od Orlandy


Tak więc siedział Orlando i czytał – człowiek nagi
Virginia Woolf Orlando


Jestem taka przejrzysta w nieśmiałej nagości,
że biel mnie nie dotyka i umykam oczom,
z każdym kolejnym słowem, które po papierze
mknie niby zebra gnana przez zgłodniałe koty,
bowiem dagerotypia to rodzaj choroby
dotykającej tylko wierzchniej strony ciała,
a wtedy wiara waży więcej od rzeczywistości.

Czy możesz mi powiedzieć jaki/jaka jestem,
jeśli znasz kilka kadrów z mojej opowieści,
a oko okłamuje mózg i najbezczelniej
nie chce stanąć naprzeciw własnej ułomności,
nim je pochwyci ciemność w zmatowiałe sieci,
przenicowane strachem przed ostatnią nocą,
co nas całkiem obnaży, czyniąc bezbronnymi.

Nie wierzę w zmartwychwstania, bo wolę dotykać,
wolę być dotykana przez dotykanego,
a kiedy dookoła krążą sami ślepcy,
to mrok nie potrzebuje niczego innego
niż ciepła mego ciała, by wydobyć prawdę
o mojej niewinności, gdy tak naga leżę
wydając się na pastwę zgłodniałym domysłom.

Musimy być w tych czasach tak bardzo ostrożni,
gdyż usta zbyt skwapliwie okłamują uszy,
a oczy zastępują rozum niedowiarkom
w chwilach kiedy prawdziwe jest tylko złudzenie,
że jestem obok ciebie i że mam znaczenie
większe od szczypty soli, a gdy braknie przyczyn,    
skoro mam na coś umrzeć – wybieram przejrzystość.     

------------------------

From the dusty May sun
Her looming shadow grows
Hidden in the branches of the poison creosote
She twines her spines up slowly
Towards the boiling sun
And when i touched her skin
My fingers ran with blood

In the hushing dusk under a swollen silver moon
I came walking with the wind to watch the cactus bloom
And strange hands halted me, the looming shadows danced
I fell down to the thorny brush and felt the trembling hands

When the last light warms the rocks
And the rattlesnakes unfold
Mountain cats will come to drag away your bones

And rise with me forever
Across the silent sand
And the stars will be your eyes
    

wtorek, 21 stycznia 2014

There's absolutely nothing between them. The ape nurses her dead child as though it were alive...



Piéta [trzymanie syna wg. George Szirtesa]



Pomiędzy nimi nie ma już niczego. Małpa
Niańczy nieżywe dziecko, jakby żyło jeszcze,
Czule kołysze drętwy, futrzany kształt w łapach
George Szirtes Martwe dzieci (według Canettiego)




Matka zasypia cicho i nie czuje wcale,
że syn jej przecieka pomiędzy palcami
gdzieś tam na dół, do nieba. Ciało, które trzyma
w objęciach, nie ma sensu i  tylko przeszkadza
narratorom tworzącym nowe przykazania.

Jej zostało najpierwsze: dbać o swoje młode,
mocno tulić do piersi, wykarmić, a kiedy
odejdzie z gorliwymi, czekać na wiadomość
z miasteczka wszystkich świętych. Teraz mocniej ściska
w ramionach resztki syna, odpędzając muchy.
   
Podświadomie rozumie surowy obyczaj:  
oddać bogu co boskie i nie wchodzić w drogę
fanom czy fanatykom, którzy wielbią popiół,
zwłaszcza sypany z makiem na głowy niewinnych
– można je potem zżynać nad brzegami ulic.

Matka budzi się nagle, chyba przeczuwając
ile w tym przedstawieniu zmieni trzeci ranek,
jak bardzo jednostronne powstaje równanie,
jeśli na miejsce syna podstawi dwie linie
skrzyżowane poprzecznie, a wtedy jest pewna,
  

że nie ma już niczego i nie ma pomiędzy

--------------------------
A za osobistym zezwoleniem autora publikuję wiersz , który był inspiracją do napisania "Piéty" i innego mojego wiersza "fabergé" z tomiku Aubade triste.


George Szirtes Dead Babies (after Canetti)


There's absolutely nothing between them. The ape
Nurses her dead child as though it were alive,
Tenderly cradles its inert furry shape

And won't let it go. It's the first imperative
And must be obeyed. She examines eyes
Mouth, nose and ears, attempts to give

Her baby the breast. She grooms it. Tries
To pick it clean. After a week or so
She leaves off feeding but swats at the flies

That settle on its body and continues to show
Deep interest in its cleanliness. Eventually
She begins to set it down, learns to let go.

It starts to mummify and grows horribly smelly.
Now and then she'll bite at the skin until
A limb drops off, then another. Gradually

It decomposes. Even the skin starts to shrivel.
At last she understands at the back of her head.
She plays with furry objects. There is a subtle

Readjustment. Reverse the roles of the dead.
Turn back the clock. Forgetting is good.
You turn and turn within your tiny bed

Until the back of yor mind has understood.


-------------------------------

i bonus muzyczno-tekstowy


piątek, 17 stycznia 2014

Moving through an unknown past, dancing at the funeral party

I jeszcze pokonkursowy remanent z 2013. 





Uskok


czasem wszystko, co piszę,
jest jakby zdjęciem migawkowym,
[…] wybitym z życia
Robert Lowell Epilog



miasto jest zbyt twarde, by w nim dobrze upaść
z ostatniego piętra, a lepiej w jęczmieniu,
między ostre kłosy i nadziać się mocno,
patrząc jak wypływam, ominąwszy światło,
które mnie ostruga – do samiutkich kości.  

kamień jest zbyt lekki, by się dobrze zaszyć
w kieszeniach prochowca, po drodze do rzeki,
a gdy woda skłamie, będzie inne słowo,
wyłowione prędko spośród obiecanek
mamrotanych sprawnie przez speców od ducha.  

sosna jest zbyt wonna, by się na niej wieszać,
niby stare łachy, za pasek czy żebro,
w ciasnej klamrze z drutu, zgęstniałym powietrzu,
naprawiając błędy lekkomyślnych ojców
i matek spragnionych klekotu grzechotek.
   
życie jest zbyt sypkie, by je dobrze ubić
jak tłuczkiem w moździerzu, a lepiej na klęczkach
albo samoklęskach walić w pierś kułakiem,
za grzechy-prześmiechy, bo i tak rozwieje

mnie wiatr lada jaki szepcząc cyt, popiołku.  

-------------------------

i na deser suplement muzyczny - Onesidesero "Instead laugh"


suicide, something's missing
I'm bound, in flesh, it cut once
all his life, he was waiting
control, faith left envy
but all her life, she was searching
so real, followed her own
suicide, never showed me
all that was true, for me
I'm not like you...

but open your eyes
I drank from your mind
its tastes so divine
oh...all that we knew, it seems so untrue
I faced your life, come give me a try

soon you'll know, when it's over
so real, followed her own
suicide, its me you swallow
all that was true for me
I'm not like you
but open your eyes
I drank from your mind
it taste to divine
oh...all that we knew, it seems so untrue
I phased your life, come give me a try

all her life, she was searching
so real, followed her own
suicide
something's missing




wtorek, 7 stycznia 2014

Wiersz tytułowy. Pod znakiem piątki.

Nowy rok rozpoczął się pod znakiem piątek. Najpierw mój blog przeskoczył liczbę 25 tysięcy odsłon, a 5 stycznia minęło 5 lat od odejścia Mamy. W 2014 startujemy więc z wierszem, który dał nazwę blogowi i tomikowi.



Aubade triste


Byłaś dziś rano mała, więc cię pokołyszę
w myślach, w mowie, w uczynkach i bez zaniedbania
za dni pachnące ciastem, przyszyte guziki,
za plastry przyklejane na zbitych kolanach.

Byłaś dziś rano lekka, więc mi uleciałaś
w przeszłość, w bajki, dzieciństwo i rozlałaś ciszę 
na dni, które nadejdą. Zamiast pożegnania.
Tyle mam w sobie krzyku, lecz nie mogę krzyczeć.

Byłaś dziś rano krucha, więc się rozsypałem,
na drobniutkie kawałki nie do poskładania.
Bez ciebie nie zapłaczę. Nie próbuję. Wcale.     
Smutek rozstań jest suchy. Ja zostałem. Mamo.

---------------------------



środa, 25 grudnia 2013

Nie ma strachu i magii, nic się nie rozwiewa





Atra [złamana]


Larkinowi


Nie chcę mieszkać w dniach. Jestem kiepskim lokatorem,
rozwieszającym pranie na sparciałych sznurkach
i gotującym zawsze te same potrawy.
Monotonia, to imię, które mi nadano
na chrzcie świętym – podobno wujek protestował,
ale go zakrzyczała zebrana rodzina,
a teraz pokutuję za własną powolność
i zbliżam się do śmierci, bo ona ma w sobie
elegancję konieczną, by zapomnieć wszystko
czego i tak nie będzie. Umie stawiać kropki.

Większość rzeczy się zdarza całkiem niedorzecznie
albo całkiem na opak. Ta jedna napełnia
świat światłem konsekwencji i choć każdy weźmie
swoją porcję samotnie, a potem na stronie
z  talerzyka łyżeczką gorliwie zeskrobie,
co mu oszczędne Parki nałożyły stypnie,
lecz pozostanie absmak, a może modlitwa,
do któregoś ze zbawców w lokalnym narzeczu
lub pociecha niesiona przez hożych kapłanów
tuż po odejściu  kliki w jaśniejących kitlach.

Potem będzie tak samo, jakbym dalej hasał
beztrosko i bezczelnie, nie zważając wcale
na kompletny brak siebie. Świat się nie zatrzyma.
Ktoś opróżni mieszkanie, szafy i szuflady,
wyprowadzi mnie całkiem, zapłaci zaległe
należności i długi. Może przyjmie resztki
z sądowym dobrodziejstwem lichoinwentarza.
W końcu nastanie cisza, tak konieczna przecież,
by pozwolić krewniakom na łyk zapomnienia.
Czasem tylko listonosz pod drzwi się zabłąka.    

----------------


środa, 18 grudnia 2013

And that has made all the difference

Kolejny remanencik pokonkursowy





Elegia dla porażonych


Surely some revelation is at hand




Niebo nie ma przyszłości, bo się samo nie ma,
i startuje z przeczenia – tak, jak nieobecność.
Na końcu „o” maleje, otwarte zdziwieniem,
że można liczyć mrzonki, pewne niby profit,
procent od urodzaju ducha nad jeziorem,
kiedy przywódca stada mądrze dzieli ryby.

Nie ma przyszłości przyszłość, bo się sama nie wie
i choć w środku idzie ku nowym Betlejem,
to nie jest objawieniem, bo to, co przypełza
razem z nią pod próg „dzisiaj”, ma smak odgrzewanych
kotletów z trzeciorzędnej jadłodajni w mieście,
o którego upadku krzyczą głodne mapy.

Nie ma drugiego przyjścia, skoro nie ma świadków
pierwszej wizyty gościa w naszej okolicy.
Na damasceńskiej drodze wiatr rozwiewa chmury
i widać błyski światła, lecz tylko nieliczni
odbiorą komunikat szeleszczący w mroku,
a potem się nawrócą na piaszczystą mantrę:
o saraj, sarin, szaweł, napełniając płuca.

W górze kołować będzie ogłuszony sokół.

--------------------------------