Z tym krajem łączy mnie już tylko grawitacja

Κομνηνός Κασταμόνου

Ἰδοὺ ὁ ἄνθρωπος


Tomiki Aubade Triste i Karmageddon dostępne w księgarniach:
"Sonet", Żeromskiego 27, Radom
"Księgarnia Literacka im Witolda Gombrowicza", Żeromskiego 83, Radom
"Tarabuk" ul. Browarna 6,Warszawa
"Czuły Barbarzyńca", ul. Dobra 31, Warszawa
także internetowo


http://sklep.danmar.waw.pl/?4,karmageddon-pawel-podlipniak

http://ksiegarniagombrowicza.osdw.pl/


wtorek, 8 października 2013

If I were called in to construct a religion - I should make use of water

Sezon konkursów poetyckich kończy się i wiersze powoli "zjeżdżają na bazę". Wczoraj pierwszy, a dziś kolejny. Reszta w miarę rozstrzygnięć.  





Nad rzekami [psalm niedorzeczny]



Rozlałem dzisiaj wodę. Krzyczała jak ogień,
bo miała wypisane na skórze imiona,
których używasz wtedy, kiedy jesteś ze mną,
kiedy żegnamy czule krew, ciało i rozum.

Rozsypałem garść soli z martwego jeziora,
by przynieść pecha pechom i odczynić urok,
którym cię obdarzyła matka wszystkich genów
na moje pokuszenie po drodze do nocy.

Rozdeptałem opłatek, chleb rzuciłem w błoto,
by słowo się nie stało, osaczył je patos,
który nie daje nabrać dystansu do chwili
najbardziej niedorzecznej, najmniej niepotrzebnej.

Podobno ci, co proszą, w końcu otrzymają,
jeśli więc choć na chwilę zapomnę o tobie,
niech język trwale przyschnie mi do podniebienia  
nim rozkrzyczaną wodę uspokoi ogień.


---------------------------------------------------------------------------

I tak mi się skojarzyło jakoś

Hey little girl is your daddy home.
Did he go away and leave you all alone.
I got a bad desire.
I'm on fire.

Tell me now baby is he good to you
Can he do to you the things that I do
I can take you higher
I'm on fire

Sometimes it's like someone took a knife baby
Edgy and dull and cut a six-inch valley
Through the middle of my skull

At night I wake up with the sheets soaking wet
And a freight train running through the
Middle of my head
Only you can cool my desire
I'm on fire
------------------------------------------

poniedziałek, 7 października 2013

Sprzeczne fragmenty mówią o tym, że się umiera, kiedy przestaje się pragnąć

pokonkursowo



Kaliban Drugi [hiperkataleksa]



byliśmy nadzy gdy przybiegły wilki
i świt się sączył pomiędzy zaspami
wśród nocnej ciszy na śnieżnym obrusie
jak reńskie wino z upadłej butelki
którą przewrócił niewymowny pośpiech 
zderzenie planet po sierocych torach
i połączenie pięknej z głodną bestią we mnie

blat był nam łóżkiem i na nim cię zjadłem
na nim wypiłem zanim zdarłaś skórę
z mojego grzbietu zostawiając w zamian 
bezwstyd i czułość pomiędzy udami
a w górze oddech rozpięty do krzyku
przez c najwyższe niby grot katedry
co mocniej przybił bestię do zgłodniałej pięknej 

i świt się sączył i ranek się zaspał
pomiędzy bielą czerwieniała wina
że tyle trzeba ostatnich wieczerzy
by zderzyć ciała niebieskawe w blasku
wysokich okien za którymi czuwa
dyskretna ciemność i czule umieści

spragnioną piękna bestię u stóp sytej pięknej 

czwartek, 3 października 2013

October's rust bisecting black storm clouds

Dziś zestaw jesienny z kilku lat , a na koniec piękna jesienna piosenka.




Odlot córek. Cynamon


Tak. Ptasia perspektywa narasta jesiennie,
w lotną perzynę pierza obracając wszystko.
Jako zbędny rekwizyt lata zostawi nam  
skrawki brązowej skóry, twoje drobne stopy
w paski - od tych sandałów przywiezionych z Grecji
(Korynt? Korfu? Kawala?). Negatyw tamtego
słońca - i tyle. Chłodne ranki, świerszcze, rosa.

Schnie jeszcze wszystko. Sierpień wchodzi gładko
w ogień, w łodygi rabarbaru, knedle ze śliwkami.
Potem ucieka między szklane słoje pełne
ogórków. Moje włosy  znowu pojaśniały
cynamonowo - mówisz. Kasja - odpowiadam.
Prawie jak ulubione imię, smak i zapach
ryżu z jabłkami, cisza. Możesz już szkicować

węglem i kredą. Stoję obok, a żurawie
zbierają się leniwie na kartce brystolu.



Dym i jabłka


W powietrzu już czuję dym
(jezu jak uwielbiam ten zapach)
jeszcze wszystko będzie zielone
przez chwilę, potem
przejrzę się w pękających kasztanach
i te chmury na moją głowę
niżej strach suchy, owadzi
że nie doczekam lata
I to wszystko takie nie wprost
powolna śmierć traw i wrzos
mnie mniej o ćwierć
coś mocnego na sen
przed skokiem
do skrzynki jabłek winnych
może bardziej trochę
niż ja i wszyscy inni


Według  Chagalla


Koza skacze przez księżyc, gdzieś ponad dachami
na kozim grzbiecie chłopiec, ściska w ręku  precel,
precel jest sam jak księżyc, słabym światłem świeci,
sypie z nieba okruchy -  nocne lęki karmi.

Pełne mleka są piersi sarniookich madonn,
w korowodzie do studni (skwar łoźnieński parzy),
potem każda przeniesie w dzbanie chłodne szalom
zasłuchana w muzykę studziennych żurawi,

co się z łańcucha zrywa, leci nad gontami,
a za muzyką pomkną wronie stada skrzypków,
zakołują, zajęczą, końskim włosiem szybko
szarpną, bez kalafonii, z nerwem nad nerwami.

Łupiny z spadną dźwięków, a wtedy dziewczynka
zbierze je, schowa w koszu między płomieniami
dzikojesiennych liści i w jarzębin kiściach,
w obrazkach kwaskowatą żółcią wyklejanych,

zanim nuty na popiół lisi ogień strawi.  
Cisza drze się cisza, jak pierze z sypanej poduchy,
słychać głos zagniewany – „Menuhiiii, Menuhiiii”,
lecący w stronę skrzypków (gdzieś ponad dachami).

Struny zabrzęczą słodko, klarnet zaklangorzy
i dziewczynka zadrobi do taktu stópkami,
kosz rzuci, potem ruszy w taniec księżycowy
między stosami precli makiem obsypanych.

woda śpi chłodno w wiadrach, lęk się srebrem nadął  
chłopiec marzy o piersiach sarniookich madonn


Mruczanka jesienna [piosenka]


To złoto nie przyniesie nam niczego
nie opłaci ni rachunków codziennych,
biletów na Majorkę, czy do Vegas
przychylności adwokatów i świętych
Mały taki jest jesieni to kaprys,
co niechybnie poszybuje ku ziemi
w brązy będzie się na chłodno przetapiać
nim go słotny spłucze szybko październik

Między kasztanów szorstkie pnie
poszedłbym z tobą w taki dzień
patrzyć jak babie lato w dal
powietrze z dymem ognisk pcha
lecz nie ma cudów i nadziei na cud nie ma
pajęcze nici ulatują jak marzenia

(I nie myśl głupi, że dla niej znaczysz
więcej niż we włosach wiatr)

To życie ma więcej kolców niż kasztan
potem pęka łatwo tak, tak bezbronnie
nie ma dubli, w montażu nie poprawisz
dni jak klatki przemijają ulotne
bez mejkapów, bez kostiumów, dublerów
stańmy nadzy tak, w jesiennej scenerii,
odegrajmy choć raz w życiu z uczuciem
„Polowanie na złocisty październik”

Między kasztanów szorstkie pnie
Poszedłbym z tobą w taki dzień
Zgubić to, co się zgubić da
Odnaleźć utracony czas
W jesiennym dymie duszą się marzenia,
gdy nie ma cudów i nadziei na cud nie ma

(I nie myśl głupi, że dla niej znaczysz
więcej niż we włosach wiatr)


To co wybucha dla nas pod kołami


Noc nie wie nic o śpiewach nocy.
Wallace STEVENS - Ponowna deklaracja romansu


I pojedziemy razem, a z nami ta droga
- lejąca się pod koła, szorstka, karbowana
(Król Jaszczur w czarnej skórze? imitacja boga?),
a każdy słupek przy niej niby inwokacja,
punkt odniesienia, karma i metempsychoza.

Zbyt wiele słów zbyt trudnych? A jeszcze ta droga
wciąga nas, więc dociskasz: gaz i mnie, i siebie,
niedorzeczna historia, kiepsko wymyślona
(dekoracje ukryte w migotliwym świetle,
gdy bezlistne ogrody płoną na poboczach).

Na drodze jest od rana dla nas niebezpiecznie
- po szrotach straszą zgnioty zbitej jak pies blachy,
spiętrzone kopulują, zanim rdza je zeżre.
Gaz do dechy, maleńka! jeszcze szansę mamy,
jeszcze czas, by się wymknąć z obławy, odlecieć.

Zasadzki już za nami - domy, praca, dzieci.
Pod kołami wybucha niecierpliwa jesień.


Anabaza


i wtedy przyjdą jesienni barbarzyńcy.
potną nas dłutami na cienkie płaty,
napełnią gardła piaskiem i słomkami
- ich pieśń będzie mleczna,
pełna ptasiego wrzenia.
pod jego wpływem świt rozbije szyby.

spytasz - czyim okiem jest okno,
zasłonięte dymem zegarów,
i kto za kim stoi, przytulając twarz
do czułego miejsca między łopatkami.
to nasłuch pierwszych godzin,
kiedy oddech rwie się na strzępy.

we wrześniu z ptaków pozostaną pióra.
resztę wycisną wprost do szkolnych ławek,
a my będziemy patrzeć, jak żar wznosi
smukłą  konstrukcję z osmalonych dzwonków.
przepłyniemy pod nią, nim stępią się dłuta
na ostrych krawędziach liter.  



wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozpocznij od początku... a później czytaj, póki nie dotrzesz do końca: wtedy przestań czytać



Wiersz zaplanowany jako zakończenie kolejnego tomiku. 


Potrzask/zatrzask


zamknij się, zatrzaśnij! – żegna mnie Alicja.
- jeśli aż tu dotarłeś, to prawdziwy koniec
kolejnej opowieści. przeszedłeś przez lustro
i teraz przeczuwasz, że każde odbicie zabiera
cząstkę odbitego, tak jak fraza wiersza 
pomniejsza wagę słowa o kolejne gramy,
a gdy nas nazywają, miast rosnąć – karlejemy,
miast tyć - tracimy wyporność i brakuje wody,
której moglibyśmy się wyprzeć z nieczystym sumieniem.

umywam ręce. to podobno na chwilę pomaga.

potem kropka zgasi resztę. przemówi biel.



środa, 31 lipca 2013

Lody dla ochłody. Wiersz zawiera lokowanie produktu.

Letnich wykopków archeologiczno-poetyckich cd. Tak stary, że aż strach. Wziął się od byka ortograficznego strzelonego przez jednego z bejowych grafomanów. Słowo tak mi się wtedy spodobało, że powstał wiersz.


Uwieżymy



uwieżymy słodkie bryły katedr
gotykiem, który skręca się – nie strzela
– z łuków napiętych niknącym ciężarem,
pozostawiając gdzieś na podniebieniu
rozkosznie zimną kropelkę słodyczy.
mmm – powiesz – kiedy szybko obliżę
twoje palce (zanim cofniesz rękę).

po uwieżeniu przyjdzie pora na rozety
na kratownice chrupkich, lekkich wafli,
co od wilgoci nieporęcznie miękną,
lecz prześwietlone ostrym światłem słońca
jaśnieją brązem, udając piaskowce.
kiedy wnętrze skapnie i do reszty spłynie,
szepniesz zalotnie w ucho – karpidżjani.

czwartek, 18 lipca 2013